Premiera Netflix: "Hiacynt", czyli jak zaszczuć człowieka prostego [recenzja]

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Jeśli nie liczy się każdy, to nie liczy się nikt – mawiał pewien mądrala w książce, którą ostatnio czytałem. I o tym jest też „Hiacynt”. O tym, że jeśli jakąś grupę społeczną władza może wykluczać, upokarzać i prześladować bezkarnie i z lubością – jak środowisko LGBT w schyłkowym PRL - to tak naprawdę nie liczy się nikt. Bo każda inna grupa może być następną ofiarą, zależnie od kaprysu tejże władzy. Ale „Hiacynt” jest nie tylko o tym, bo o wielu innych sprawach smutnych też. Aż rodzi się wrażenie, że ofiarą tego bogactwa padła sama kryminalna opowieść noir, w którą całość opakowano.

Na „Hiacynta” – ważny polski film, który premierę ma w Netfliksie - czekałem z utęsknieniem. I dlatego, że kocham kino noir, i dlatego, że „Hiacyntowi” towarzyszyła legenda filmu, który poprzez mroki PRL sporo mówi o Polsce tu i teraz, i dlatego, że zmajstrował go pan Piotr Domalewski, którego „Cicha noc” wbiła mnie kiedyś w fotelik. I jak? I czuję radość sporą, bo obejrzałem film smacznie wielowarstwowy, a do tego świetnie zagrany i nakręcony. Ale w fotelik wbity się jednak nie czuję.

Tak więc przenosimy się do Warszawy lat 80-tych. To wtedy władza ludowa zafundowała ludowi akcję „Hiacynt” – masowego rejestrowania i upokarzania przede wszystkim gejów, którym tysiącami zakładano teczki, a potem często ich szantażowano. Policyjne duo dostaje sprawę zamordowanego geja. Śledztwo ma doprowadzić do niczego, ale młody policjant – syn esbeckiego notabla – nie chce odpuścić. Przenika w środowisko LGBT i dalej prowadzi śledztwo.

No a nas wciąga wielowarstwowość „Hiacynta”. Bo to i opowieść w skali makro, o powodach i konsekwencjach szczucia i wykluczania, i w skali mikro, o człowieku prostym w świecie, w którym rządzi strach i skrajny konformizm. Bo dostajemy balladę o mężczyźnie wpędzonym w permanentną niepewność co do swojej wartości w pracy, pozycji w rodzinie, ale też co do własnej seksualności. Mamy historyczną opowieść o czarnej godzinie tęczowego środowiska, podszytą aluzjami do Polski roku 2021, i mamy kryminał noir, w którym zanurzamy się nie tylko w zbrodni, ale też wszechobecnej beznadziei.

Co więc na plus? Czysty, klarowny, ale nie nachalny przekaz, doprawiony mrocznym klimatem, oddającym dramat ludzi, którzy po prostu chcą być szczęśliwi, a zderzają się z cynizmem władzy. Mądrze zresztą połamano tu stereotyp geja – w „Hiacyncie” to głównie szarzy ludzie, próbujący wtopić się w szary świat, wolni i kolorowi tylko w głębokiej konspirze. Do tego jeszcze scenograficzne perełki, no i kapitalni aktorzy – od głównej roli pana Ziętka, po rewelacyjną drugoplanową kreację pana Schuchardta. A minusy? Niedosyt wielu postaci i wielu historii, które przemykają nam przez ekran, a które chcielibyśmy poodkrywać. No i sama kryminalna intryga, która w drugiej części grzęźnie, bo film zmienia się w raczej w dramat zmiksowany z moralitetem… No a skoro zaczęliśmy od myśli złotej, to w filmie też jest ich sporo. Ta, że „Polacy nie mogą znieść, gdy inni Polacy są szczęśliwi”, ma szansę przeżyć sam film.

Wywiad z Pauliną Gałązką o "Dziewczynach z Dubaju" i "Furiozie"

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera Netflix: "Hiacynt", czyli jak zaszczuć człowieka prostego [recenzja] - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Precz z PiS i ich pedofilskim klerem katolickim
Dodaj ogłoszenie