Premiera nowego Bonda "Nie czas umierać" - czyli co mogą stare misie? (recenzja)

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
MGM

Wczesna emerytura jak wiadomo często bywa za wczesna. Szczególnie, kiedy zbyt wiele czasu mamy i na lekką gorycz, i na oglądanie się do tyłu, gdzie straszy masa trupów w szafach różnych... No a wtedy z pogodnej emeryckiej ballady może nam się zrobić tragedia o win wybaczaniu, o demonach przeszłości, co to wgrywają nam się w głowę czy o miłościach, których z każdym rokiem żal coraz bardziej… To wszystko mamy w nowym Bondzie, na którego czekaliśmy calutką pandemię. „Nie czas umierać” stara się nam sprzedać opowieść o bólu przemijania, zresztą dosyć namolnie, jakby twórcy filmu mieli do czynienia z niezbyt rozgarniętymi widzami. To swoją drogą przypadłość wielu dzisiejszych produkcji, które bardzo starają się nas przekonać, że ważą więcej niż naprawdę.

Ale w końcu Bondy – popkulturalny fenomen stulecia - oparte są generalnie na pomyśle dziwacznym. Bo co my tak na dobrą sprawę dostajemy? Szkielet rozpędzonego kina szpiegowskiego, skręcającego w klimaty superbohaterskie. Do tego z reguły nie na poważnie, a z nieustannym mruganiem okiem, aż do bólu powieki. No i dostajemy też pokaz zarówno realizacyjnych mocy kina, jak i gadżeciarskich wymysłów scenarzystów. I jasne, coś takiego nie powinno się udać, albo zemrzeć wraz z rozrywką lat 60-tych, a udaje się od dekad, choć przyznać trzeba, że przy zmieniającej się poetyce.

Tak więc tym razem agent 007 powraca z zasłużonej emerytury, bo na świecie znowu dzieje się źle. Swoją drogą tęskno mi trochę do aktualnościowych wycieczek, ale w końcu Bondy mają przetrwać dekady. W każdym razie okazuje się, że ktoś dopadł całą zbrodniczą szajkę Spectre – znaną nam już doskonale – i sam chce naprawiać świat. Najpierw przez eliminację części populacji za sprawą broni biologicznej. No i na drodze złoczyńcom staje Bond, co to jak ten stary miś, jak już się obudzi ze snu mocnego, to wszystkich zje.

„Nie czas umierać” to ostatni z pięciu Bondów z panem Craigiem, które w historii bondowszczyzny były mocno specyficzne. Przede wszystkim nie mieliśmy tu za każdym razem zamkniętej historii, tylko sagę z rozwojem postaci i powracającymi bohaterami. Craig jako Bond przez te 15 lat starzał się i dojrzewał na ekranie, bo można mu było dokładać traum z filmu na film. Nigdy też nie mieliśmy aż takiego wsadu na poważnie i realistycznie - choć w ostatnich częściach zaczęło to odjeżdżać w kabaretowe rejony pogwarek o sensie życia, które w sztafażu arcyprzestępców i supergadżetów pasowały średnio.

I może najbardziej to boli też w „Nie czas umierać”. Bo przy całej nietypowości serii z Craigiem, mamy tu bardzo typowe kotwice. Megazagrożenie dla ludzkości ze strony megaszubrawca - dziwoląga, piękne panny dookoła, cudne lokalizacje akcji w świecie szerokim i realizację, której nie ma co komentować, bo - poza problemami tym razem z tempem w części filmu - to najwyższa szkoła jazdy. Ale jedno po ostatnim Bondzie Daniela Craiga wiadomo. Na następnego będziemy czekali jak rzadko. Bo teraz może być już tylko inaczej.

Bon na kulturę. Do wydania 400 euro!

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera nowego Bonda "Nie czas umierać" - czyli co mogą stare misie? (recenzja) - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie