W powieści Jane Austen droga do tego stanu jest tylko jedna - bogate zamążpójście. Tyle że na przełomie XVIII i XIX wieku wyłącznymi środkami na tej drodze są pieniądze, koneksje i pochodzenie, a tych sześciu pannom Bennet wyraźnie brakuje, na nic więc uroda i inteligencja, którymi „grzeszą” starsze panny - ich egzaltowana matka ma powody, by co chwilę wpadać w spazmy.
To też może Cię zainteresować
Córki pani Brooke żyją 130 lat później w Kornwalii, stąd nie dziwi, że spotykamy je w męskim stroju, za kierownicą auta, po studiach medycznych czy szkołach rolniczych, z papierosem czy szklaneczką czegoś znaczniej bardziej „kalorycznego” niż mdły poncz czasów wiktoriańskich. A jednak, sytuacja pięknej i powściągliwej Celii, najstarszej z panien Brooke, jako żywo przypomina tę, w której znalazła się Jane Bennet. Zakochana z wzajemnością w przystojnym, bogatym właścicielu fabryki porcelany, której dyrektoruje jej ojciec, z pokorą znosi intrygi matki ukochanego, uważającej, że jedynak wart jest najlepszych partii matrymonialnych, a nie lokalnej piękności. Cała okolica wie, kogo Celia kocha, ale dyskretnie nie przysparza dodatkowych cierpień przedstawicielce powszechnie lubianej rodziny. Więc Celia, jak ponad wiek wcześniej Jane, mężnie niknie w oczach i chudnie w oczekiwaniu rozstrzygnięcia swego sercowego kłopotu. Równie skomplikowane życie uczuciowe mają pozostałe córki państwa Brooke’ów (tu dodatkowo dochodzić do głosu będzie rywalizacja pomiędzy dwiema z nich o względy tego samego, zamożnego mężczyzny), przy czym one, w odróżnieniu od bohaterek z XVIII wieku, wiedzą, co z tym zrobić, by rodzina nie musiała się troszczyć o ich los ponad miarę.
To też może Cię zainteresować
Podczas gdy pani Bennet zapadała ciągle na „nerwy”, pani Brooke z większym spokojem, nieznacznie poruszana „dobrymi” radami otoczenia i bogatej ciotki (zawsze miło, gdy bezdzietna krewna podrzuci kilkaset funtów), sekunduje wyborom swych pociech. Pozwala im na popełnianie własnych błędów, wspiera jak potrafi, choć czasem wymaga to nieoczywistych środków. Mamy lata 30. XX wieku, prowadzenie wiejskiego domu to także ciągłe użeranie się z rozbestwioną służbą, kłopoty gospodarcze, ale i - nieomal jak w „Dumie i uprzedzeniu” - mizerne wsparcie pana domu, zajętego „wyższymi” celami, do prozy życia rodzinnego podchodzącego z dystansem, ale do jej członków z niekłamaną, demonstrowaną w ważnych chwilach, miłością.
„Panny bez posagu” to powieść urocza. Pogodna, życzliwa światu, dająca tę miłą wiarę, że wszystko się jakoś (dobrze) ułoży, a każdy węzeł da się rozsupłać.
Cecily Sidgwick, Panny bez posagu, Wydawnictwo MG, Warszawa 2024.
