Premiera Netflix: "Czarna wyspa", czyli thriller niemrawy, ale ładny [recenzja]

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Udostępnij:
Manipulowanie bliźnimi to sztuka trudna, aczkolwiek powszechna. Uprawiana co dnia ze skutkiem różnym, bo jednym wychodzi to cudnie, a innym żałośnie - i efekt przynosi wręcz przeciwny. Manipulowanie bliźnimi w relacji mistrz – uczeń to zaś przypadek częsty wyjątkowo, więc spotkał się z nim pewnie każdy z nas. W różnych mutacjach oczywiście - a to w relacji rodzic - dziecię, a to nauczyciel – uczeń, a to szef – pracownik... A co, jeśli to relacja efektownej pani nauczycielki w wieku lekkośrednim i młodzieńca napakowanego młodzieńczą ochotą na poznawanie uroków życia doczesnego? No to mistrzyni ma tu znacznie więcej manipulacyjnych argumentów niż tylko intelektualna i hierarchiczna przewaga.

I to jest jeden z głównych motywów „Czarnej wyspy”, nowej premiery Netfliksa, która zaciekawiła mnie głównie dlatego, że zmajstrowano ją w Niemczech. No a niemieckich produkcji nie jest w serwisach VOD za dużo, a już niemieckich thrillerów, to w ogóle. I niestety po obejrzeniu „Czarnej wyspy” stwierdzić muszę z żalem, że to chyba dobrze. Bo takiego niemrawego i wypranego z emocji thrillera dawno nie widziałem. Choć przyznać trzeba, że jeden smaczek jest tu cudny – kapitalna, nieograna lokalizacja całej opowieści i widoczki jak marzenie.

Przenosimy się więc na niemieckie wyspy północnofryzyjskie, nieodkryty cudzik, choć na szczęście nieco za chłodny dla miłośników leżakowania. Pewną rodzinę trapią wypadki. Najpierw babcia zostaje zagryziona przez psisko, potem mama i tata giną w wypadku. Tyle, że my już na starcie wiemy, że to nie wypadki i przypadki, tylko sprawka tajemniczej kobiety. Na wyspie pozostaje dziadek z kończącym szkołę średnią wnukiem. I cóż się okazuje niebawem? Że nauczycielką niemieckiego zostaje nasza tajemnicza i demoniczna heroina. Na tyle demoniczna, że szybko zawraca chłopakowi w głowie - docenieniem go i jako młodego twórcy, i jako mężczyzny. No a my zastanawiamy się, kim kobieta jest i o co jej chodzi.

Tyle, że zastanawiamy się krótko. Bo szybko dochodzimy do wniosku, że nie ma nad czym. Intryga jest przewidywalna i prosta jak kij, a niektóre sceny robią wręcz z lekka groteskowe wrażenie. Cała historia zaś to mieszanka kina licealnego, sztampowego dreszczowca i poderotyzowanego – ale bezpiecznie – romansu. Żadna postać nas specjalnie nie zaskakuje, żadna nie porywa, aktorstwo jest zresztą też jakieś takie sztampowo telenowelowe – no, może z wyłączeniem Alice Dwyer w roli pani nauczycielki.

I szkoda mi trochę samego pomysłu. Bo mogło być ciekawie - i o manipulacji naszej codziennej, i o rodzinnych relacjach, które niestety czasami mocno nas pętają w życiu, zamiast nam pomagać… Zostają cudne, surowe i szerzej nieznane Wyspy Fryzyjskie. I pewnie wam też przyjdzie zaraz do głowy, żeby zbierać kasę na wyprawę w to miejsce, pokazane w filmie tak, jakby miejscowy pan od turystyki sfinansował twórcom „Czarnej wyspy” wakacje życia.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Cannes – festiwal filmu i kreacji

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera Netflix: "Czarna wyspa", czyli thriller niemrawy, ale ładny [recenzja] - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie zostało tymczasowo wyłączone.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Przejdź na stronę główną Express Bydgoski
Dodaj ogłoszenie