Za pierwszym razem wytrzymałem raptem parę minut. Potem się zagotowałem. No, bo ile można słuchać steku ordynarnych wyzwisk - z których „ty debilu” to waga lekka - gróźb i poniżania, a z drugiej strony, krzyków bólu i płaczu? Zresztą dajmy sobie spokój z cytowaniem faceta znęcającego się nad żoną, bo normalnego człowieka aż skręca.
Pan mecenas pana radnego z miasta Bydgoszczy - którego żona upubliczniła słynne na Polskę całą nagranie - powiedział, że to, co jego klient wyczyniał, to „wołanie człowieka o miłość”. Przeraziło mnie to zdrowo, też dlatego, że nie wiadomo, ile osób pan radny postanowi jeszcze pokochać. Na razie masa zwykłych Polaków-szaraków zamarła w ciężkim szoku, bo co innego pogadanki pań celebrytek o tym, jak urocza jest akcja „bo zupa była za słona”, a co innego walnięcie takim nagraniem po uszach. Bo teraz każdy z nas mógł poczuć tę samą bezsilność, co ofiara.
A co to ma wspólnego z kulturą pop? Ano trochę ma, bo czasy pop-kultury wbrew pozorom trochę nas na przemoc domową znieczuliły, dokładając swoje do kulturowych zaszłości i osobniczych dewiacji. Bo niby na okrągło się o przemocy trąbi, a kończy się tak, że w sieci można znaleźć toplisty gwiazd poniewieranych przez partnerów - od pani Houston po Pamelę Anderson, od Rihanny po Madonnę. Wszystko sprzedawane w jednym kotle - kiwamy więc łepetynami i przechodzimy do kolejnego newsa, o pijanym pajacu z telenoweli czy lewej stopie Lewego. Bo kultura pop przemieli na rozrywkę dokładnie wszystko.
A u nas? O sprawie aktorki Moniki Kwiatkowskiej i pana Dejczera pewnie już niewielu pamięta, ale historię Katarzyny Figury i jej męża, pana Kaia - co to wygląda jak sympatyczny misio - mamy wciąż w głowach. Pani Figura mówiła o pluciu w twarz, biciu, kopaniu... Serial trwał, potem ugrzązł w sądach, a dziś portale pasjonują się tym, że pan Kai spotkał się z Kayah i co z tego romantycznego wyniknie... Taki pop. Aż ciarki przechodzą. Szczególnie kiedy ciągle w uszach mamy to, jak pan radny woła o miłość.