Olga Matyszczak, Ukrainka, mama 4 córek: - Dzień Mamy będzie w tym roku bolesny

Grażyna Rakowicz
Olga Matyszczak wraz z 12-letnią córką Mirosławą i 3-letnią wnuczką Kirą.
Olga Matyszczak wraz z 12-letnią córką Mirosławą i 3-letnią wnuczką Kirą. Tomasz Czachorowski/polska press
Udostępnij:
Gdy pytam Polaków, dlaczego tacy jesteście, to słyszę: „Musimy i chcemy, bo inaczej się nie da. Bo inaczej nie należy” – mówi Olga Matyszczak, Ukrainka, mama czterech córek.

26 maja wszystkie mamy w Polsce mają swoje święto, a kiedy jest ono obchodzone w Ukrainie?
W Ukrainie Dzień Mamy obchodzimy w drugą niedzielę maja. I w tym roku składane były życzenia, ale bardziej zdalnie, bo jest teraz u nas niebezpiecznie. Było to święto bardzo bolesne. W sieci pojawiło się mnóstwo informacji, że matka szuka swojego syna czy córki, bo u nas z okupantem rosyjskim walczą także kobiety. Mnóstwo takich pytań, czy może ktoś wie, co się z nimi stało. I dużo zdjęć poszukiwanych. Poza tym dzisiaj już nie chodzi tylko o mamę, opiekunkę dziecka, ale przede wszystkim o matkę – ojczyznę, o Ukrainę. To ona jest teraz mamą nas wszystkich, taką mamą, która wytrzyma w tej wojnie. Która nie tylko nakarmi, ale obroni nas i uleczy. A jak trzeba, to ukołysze i ukoi płacz.

Jak obchodziła pani to święto przed agresją Rosji na Ukrainę?
Zacznę od tego, że w Ukrainie mamy zaczęły oficjalnie świętować od 2000 roku. Gdy byliśmy w Związku Radzieckim, to taki dzień - ale i babci, siostry i w ogóle kobiet obchodziliśmy – tak jak w Rosji, 8 marca. Ten nasz Dzień Matki wprowadził Leonid Kuczma, ówczesny prezydent Ukrainy. Wtedy w szkołach, przedszkolach organizowano spotkania, na których mamy otrzymywały małe prezenciki - najczęściej rysunki czy odciśniętą na kartce kolorową rączkę swojego dziecka. Kiedy moja najmłodsza córka chodziła do drugiej klasy szkoły podstawowej w Żytomierzu, to na początku maja zaczęła mnie wypytywać, co ja lubię jeść, czym się interesuję, jaki jest mój ulubiony kolor… Okazało się, że było jej to potrzebne do napisania mojej charakterystyki, potem takie odczytywano podczas uroczystości w szkole i trzeba było rozpoznać, o którą mamę chodzi. Wręczono nam też nasze portrety narysowane przez dzieci. To najbardziej zapamiętałam, bo to było takie mocno osobiste.

A jaką jest pani mamą?
Moje córki czasami mówią do mnie: „Mamo, byłaś dla nas bardzo troskliwa. Pomagałaś zawsze w nauce, martwiłaś się o nas, jak taka kwoczka”. Ale czasem mówią, że powinnam mniej robić za nie i być dla nich bardziej wymagająca. A ja zawsze chciałam, aby odczuwały, że jestem taką mamą-ścianą, ale jak trzeba, to miękką poduszeczką, na której zawsze wygodnie można położyć głowę, takim wsparciem. I żeby córki wiedziały, że zawsze mogą mnie poprosić o pomoc i myślę, że tak jest. Choć są w większości usamodzielnione, to cały czas mnie pytają o wiele spraw, na przykład gdy ich dzieci chorują. Mówią o mnie, że jestem takim „googlem,” bo o wszystkim wiem. Mam takie poczucie, że jestem dla nich ciągle autorytetem, ale i poczucie tego, że dzieci mnie doceniają. Często mówią, że nie wszystkie mamy są takie… I podzielają moje zainteresowania, a są nimi przede wszystkim Polska, historia, filmy. Uwielbiam czytać, szczególnie chętnie sięgam po te grube książki… (śmiech).

Mówiła pani, że większość córek się już usamodzielniła. Co się z nimi teraz dzieje?
Najstarsza córka Małgorzata ma 32 lata. Ona najszybciej zrozumiała, co nas czeka w Ukrainie, dlatego 25 lutego wyjechała do Niemiec i tam teraz mieszka. 26-letnia Waleria z Ługańska, gdzie wówczas mieszkaliśmy, wyjechała już w 2014 roku do Chorwacji. Natomiast 24-letnia Jana została w Kijowie, a ze mną do Bydgoszczy przyjechała 12-letnia Mirosława i 3-letnia wnuczka Kira – córka mojej Jany. Zabrałam ją ze sobą, bo tutaj jest bezpiecznie. Cały czas wszystkie utrzymujemy ze sobą kontakt, choć niedawno - na parę dni - straciłam go z córką w Kijowie. To było straszne. Mocno to przeżywałam, bo nie wiedziałam, co się z nią dzieje. Okazało się, że w tym czasie mieszkała w kijowskim metrze, a w nim nie można było doładować komórki, bo nie było prądu. W końcu napisała do mnie sms z komórki obcej osoby, że wszystko z nią w porządku. Teraz ciągle ze sobą rozmawiamy. Na razie nie ma już takiego strachu jak zaraz po 24 lutego. Mamy rodzinny czat, poprzez niego najczęściej się komunikujemy. Piszemy do siebie, przesyłamy zdjęcia.

Ten dzień, 24 lutego, jak pani go pamięta?
Do wojny mieszkaliśmy w Kamieńcu Podolskim, które jak na razie i na szczęście nie jest w sferze wojennych zainteresowań Rosji. Pamiętam dokładnie ten ranek 24 lutego. Wcześnie rano otrzymałam informację: „Dziś dzieciaki do szkoły nie idą”. Córka, jak to zazwyczaj dzieci, nawet się ucieszyła, ja jeszcze niczego groźnego w tym komunikacie się nie dopatrzyłam. Ale gdy podobny przyszedł z przedszkola, zadzwoniłam do dyrektorki i wtedy dowiedziałam się, że zostało zbombardowane lotnisko w naszym obwodzie chmielnickim. Potem zadzwoniła do mnie moja najstarsza córka Małgosia i powiedziała, że w Charkowie, gdzie mieszka jej koleżanka, jest wojna. I, że siedzi ona cały czas w metrze bo jest bardzo niebezpiecznie. I wtedy się na dobre przestraszyłam. Uświadomiłam sobie, że sytuacja jest bardzo groźna i niebezpieczna. Podobne emocje towarzyszyły mi w 2014 roku, kiedy pod ostrzałami uciekaliśmy z Ługańska. Wtedy też było strasznie. Zrozumiałam, że tak to się nie skończy… Nawet spanikowałam. Spakowałam się i wyjechałam do Bydgoszczy.

Jak wygląda życie pani i dziewczynek tutaj w Bydgoszczy?
Pierwszy tydzień był dla mnie bardzo ciężki. Nie mogłam się odnaleźć, nie wiedziałam jak się zachowywać, co ze sobą zrobić. Spokój zaczynał się pojawiać po miesiącu. Zrozumiałam, że mam wielkie szczęście, że trafiłam tutaj, do Bydgoszczy. Nie zapominam jednak o tych, którzy tak mocno cierpią w mojej ojczyźnie. Cały czas pilnie śledzę wydarzenia w Ukrainie. Kiedy próbuję sobie wyobrazić w jakiej są sytuacji – to trudno to wytrzymać. Przez tę wojnę trudno też dojść do siebie. Ciągle dzwonię do rodziny i znajomych. I mocno tęsknię. Jeszcze w Ukrainie myślałam, co będę robić w Polsce mając ze sobą dwójkę dzieci. Czytałam ogłoszenia o pracy. Wśród nich znalazłam takie o pomocy nauczyciela w polskiej szkole i udało się. W SP nr 63 na Szwederowie jestem tłumaczką ukraińskich uczniów, w oddziale przygotowawczym. To jest tak, że ich wychowawczynią, taką polską mamą jest pani Dorota, a ja jestem taką ich ukraińską mamą. Rodzice tych uczniów nie rozmawiają w języku polskim, więc ja ich o wszystkim informuję na bieżąco. Moja córka Mirosława chodzi do szkoły katolickiej w Bydgoszczy, tak nam podpowiedział ksiądz proboszcz Ryszard Pruczkowski, w którego parafii teraz mieszkamy. Na początku nie było łatwo jej się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości, ale teraz ma już nowe koleżanki, z którymi się uczy i bawi. Wnuczka Kira chodzi do przedszkola. Bardzo dobrze się w nim czuje.

A skąd taka dobra znajomość języka polskiego u pani?
W Ukrainie uczyłam języka polskiego. Przed wojną zaczęłam nawet studiować filologię polską, stąd go znam lepiej. A zamiłowanie do niego zaszczepiła we mnie moja babcia ze strony ojca, która była Polką. Przez całe życie odczuwałam, że mam jej korzenie w sobie, choć babci w ogóle nie znałam. Nawet chciałam ubiegać się o polskie obywatelstwo, ale dokumenty babci, która zmarła w 1933 roku podczas głodu w Ukrainie, zaginęły. A duplikatu nie ma w archiwum. Byłam tym rozczarowana, ale kiedy zaczęłam uczyć języka polskiego, to zrozumiałam, że ten kraj to jest takie moje życiowe przeznaczenie i nawet bez obywatelstwa polskiego jest dobrze.

Jakie plany na przyszłość?
Nie chcę teraz wracać do Ukrainy, bo nie wiem, co będzie z tą wojną dalej. W Bydgoszczy zostanę co najmniej 18 miesięcy, tak aby córka skończyła tu szóstą i siódmą klasę. Teraz, kiedy jest praca, szkoła i przedszkole, wokół dobrzy ludzie - to często pojawia się w głowie taka myśl, że tu jest teraz mój dom. Że po pracy wracam do swojego domu, że już nie jestem gościem. Na taką miłość i wsparcie Polaków to nawet nie liczyłam. Na tak otwarte serca. A gdy pytam, dlaczego tacy jesteście to słyszę: „Musimy i chcemy, bo inaczej się nie da. Bo inaczej nie należy”.

Będzie pani obchodziła Dzień Matki w Polsce?
Wiedziałam wcześniej, że jest takie święto polskich mam 26 maja. Tego dnia będę w pracy, bo jest egzamin ósmoklasisty, a jestem na nim tłumaczem. Za to 31 maja zaproszono mnie do przedszkola mojej wnuczki na takie spotkanie. Wtedy osobiście się przekonam, jak ten dzień obchodzą polskie mamy. Zapewne będzie uroczyście i miło.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Pierwsza kobieta na czele francuskiego Zgromadzenia Narodowego

Wideo

Materiał oryginalny: Olga Matyszczak, Ukrainka, mama 4 córek: - Dzień Mamy będzie w tym roku bolesny - Gazeta Pomorska

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Express Bydgoski
Dodaj ogłoszenie