Premiera tygodnia: "Dziewczyny z Dubaju" - czyli jak skleić moralny niepokój z harlequinem

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Udostępnij:

Ponoć każdego można kupić, wszystko zależy tylko od ceny i okoliczności. Tak przynajmniej mówi myśl złota, którą zweryfikować jednak cokolwiek trudno - bo większości z nas nikt nigdy nie zamierzał korumpować, kupować ani stręczyć… Ta nasza cena osobista to jeden z motywów głównych „Dziewczyn z Dubaju”, o czym twórcy nie pozwalają nam zapomnieć, powtarzając to uparcie. Drugi motyw to myśl równie złota, że karma wraca - czyli, że za to, co nabroiliśmy w życiu, przyjdzie nam kiedyś zapłacić. I tu już więcej doświadczeń osobistych mamy, choć zgoła odmiennych. Bo w końcu znamy takich, co za brojenie nie zapłacili wcale, a wcale.

„Dziewczyny z Dubaju” to mocarny sukces promocyjny, bo cały internet przejmuje się tym filmem, jakby mógłby to być co najmniej polski kandydat do Oscara. A nie mógłby. To dziwaczne sklejenie kina rozrywkowego z odjazdami w dosyć żenujące obszary, z kinem myśli złotych, ale też choćby próbą spojrzenia na prostytucję z perspektywy kobiet. Drugi raz na pewno „Dziewczyn” nie zobaczę, ale też zgrzeszyłbym okrutnie bajaniami, że wszystko było tu nie takie jak trzeba.

W każdym razie punktem wyjścia jest głośna afera sprzed lat paru, związana ze stręczeniem polskich pań – w tym gromadki celebrytek – w luksusowym świecie arabsko-śródziemnomorskim. Tak więc panna Emi, dziewczę z miasta małego, szybko odkrywa, że uroda i wdzięk osobisty to jej atuty w drodze ku światu wielkiemu. Poprzez wybory miss trafia w łapy pani sutenerki i jej córy, ale wkrótce wybija się na niepodległość. Zostaje rajfurką przebogatych panów z Emiratów, którzy w kraju naszym cenią sobie tylko dwa towary – konie i kobiety.

Co się więc w tym filmie udało? Zgrabnie oddano to, co się dzieje w głowach dziewczyn, które mają zostać „pracownicami seksualnymi” –oszołomienie i ekscytację tłustym światem, przyzwolenie na manipulację, a potem wsiąkanie w ten świat, dzięki czemu każda decyzja przychodzi łatwiej, choć więcej kosztuje. Film zmajstrowała pani Maria Sadowska, która ma dryg do pokazywania drobnymi ujęciami całkiem sporych problemów społecznych – i tu też to robi, szkoda tylko, że tak rzadko. Mam też wrażenie, że ważny motyw feministyczny bardziej tu piszczy niż krzyczy.

Nie udało się jednak więcej. Balansowanie między powiastką moralną, a poetyką harlequinową (ach, ten cudny seks na jachcie szejków) sprawia, że zawsze wygrywa harlequin. I w „Dziewczynach” też bardziej nuży nas melodramatyzacja, niż poruszają momenty cięższe, jak choćby zeznania byłych prostytutek, które same przed sobą budują fikcyjny świat. Nie do końca przekonują mnie też główni bohaterowie dramatu, poza panną Emi. Panie Figura i Sawczuk tworzą barwne duo, ale momentami są jak z innego, komediowego filmu. No a polska alternatywa wobec arabskiego absztyfikanta, w wydaniu pana Pawłowskiego, to już taki pięknoduch, że żal serce ściska. Trochę mi też żal, że nie mogłem przeczytać tych wszystkich prztyczków w stronę postaci wybitnych naszego życia celebryckiego. Ale zajmuje mnie ono tak sobie.

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera tygodnia: "Dziewczyny z Dubaju" - czyli jak skleić moralny niepokój z harlequinem - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość
Jest popyt=jest podaż. Nie odwrotnie.
Dodaj ogłoszenie