Premiera Netflix: “Prime Time” – czyli wreszcie mocna i bardzo polska premiera

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Szybko zapominamy, jak to było. Bo jak tak spojrzeć na Polskę przełomu roku 1999 i 2000, to widzimy zupełnie inny kraj. I to nie dlatego, że inne mieliśmy odzienie czy gadżety. To przede wszystkim była Polska ciągle jeszcze transformacyjna, przekuwająca się w w kapitalizm przy ogromnych stratach w ludziach, Polska, w której część z nas już witała się z gąską, ale bardzo wielu niekoniecznie. Niesłychanie ważne w filmie „Prime Time” są właśnie te teleprzebitki z epoki. Młodszy o 20 lat i cięższy o 30 kilo prezydent Kwaśniewski, gwiazdy „Klanu” na balu, protesty wykluczonych... I kilku chłopaków na ławce, którzy po kolei mówią reporterowi, że ich marzeniem jest wyjazd do Niemiec. Od tamtej pory wiele spraw się zmieniło. Ale i wiele niekoniecznie.

"Prime Time” – polska premiera Netfliksa – wyczekiwana była z utęsknieniem. Raz, że polska, dwa, że dostrzeżona na świecie, trzy – że z Bartoszem Bielenią w roli głównej, a to po „Bożym Ciele” najgorętsze nazwisko w kategorii wciąż młody i zdolny. I jak? I warto było wyczekiwać. Bo to i zgrabne kino gatunkowe, i z mocno zaakcentowanym tłem - czyli opowieścią o ludziach, którzy jak te dzieci i rybki nigdy głosu nie mają, bo nikt się nimi nie przejmuje. I nawet, jak chcą to wykrzyczeć, to system buźki im zamknie.

Tak więc przenosimy się w sylwestrową noc 1999 roku. Wszyscy obawiają się milenijnej pluskwy, ale masa Polaków obawia się też wielu innych rzeczy. W studiu TV trwa atrakcja wieczoru - losowanie supernagrody, czyli samochodu. I nagle do studia wdziera się chłopak, który bierze zakładników – prezenterkę i pana z ochrony. Zaczyna się rozgrywka między zakładnikami, terrorystą – który chce wygłosić orędzie na antenie – negocjatorami i szefostwem stacji. A my zastanawiamy się, jak długo potrwa szarża chłopaka, jak się skończy i dlaczego tak źle.

Bo wśród wielu plusów tego filmu na pewno właśnie postać chłopaka lśni jak diamencik. Bielenia uzyskuje mocny efekt – zaczynamy trzymać kciuki za przestępcę i to wcale nie dlatego, że to uroczy zawadiaka, ale z tego powodu, że coraz bardziej współczujemy mu pokręconego życia. I to pokręconego tak normalnie, bez spektakularnych akcji, co sprawia, że ta jego nieporadna niestraszność aż boli. Dobrze jest też rozegrana cała akcja, przez półtorej godziny nie zwalniamy, mimo kameralnej realizacji. Film zresztą świetnie wygrywa całą enigmę - bo nie wiemy tu za wiele ani o terroryście, ani o zakładnikach, ani o negocjatorach. Obraz budujemy sobie na krótkich wrzutkach i to budowanie jest całkiem zajmujące.

Aktorzy dają radę, a przaśność świata końca lat 90-tych i samej telewizji – u szczytu potęgi, kiedy była jeszcze najważniejszym medium we wszechświecie - jest urocza. Główny mankament? Paradoksalnie też ta kameralność, bo czasami wychodzi to realizacyjnie trochę teatrzykowato. Ale nie ma co marudzić, bo „Prime Time” to kino do oglądania i nie tylko. W końcu jest wciąż aktualne. Jasne, wykluczonych i zdesperowanych mamy mniej, zmienili miejsce i charakter. Ale wciąż są, ba, doszli nowi. I też nikt ich nie słyszy.

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera Netflix: “Prime Time” – czyli wreszcie mocna i bardzo polska premiera - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie