Premiera Netflix: “Na szczyt” – czyli film o tym, że ambicja i frustracja to groźna mieszanka

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

Ambicja to twoja szalona religia – jak śpiewał poeta młody. Śpiewał to dekady temu, choć akurat w temacie ambicji znaczenia nie ma to większego, bo tu zmienia się niewiele…. No, w ostatnich latach do ambicji dochodzi nam jeszcze często ostra frustracja, wynikająca z poczucia wykluczenia - od którego we współczesnym kinie aż dudni. No więc jak mamy paliwo w postaci ambicji i frustracji, i jak jeszcze dołożymy do tego przeświadczenie ludzi, że tak właściwie to jedyną drogą awansu w zabetonowanym społeczeństwie jest połamanie prawa, to robi się groźnie. A dla kina interesująco.

Słabość i siła filmu „Na szczyt” – cieplutkiej, hiszpańskiej premiery Netfliksa, opowiadającej właśnie o parciu w górę na skróty i za wszelką cenę – tkwi w powtarzalności schematu. Bo ile mieliśmy już filmów o młodzianku z nizin, który ambicją wielką, talentem osobistym i brakiem skrupułów kompletnym, wdzierał się na ten poziom życia, którego normalną drogą nigdy by nie osiągnął? A masę mieliśmy, i to w każdym możliwym wydaniu. A mimo to wciąż chcemy takie opowieści oglądać... Czasami to taka gatunkowa ballada czysta i schludna, czasami złamana, choćby społecznym wsadem. Tak jest i tym razem, bo portret współczesnej Hiszpanii – a pewnie i sporej części Europy – gdzie społeczny awans jest niby tak blisko, a jednocześnie tak daleko, cały czas wyłazi nam z tła.

Tak więc poznajemy Angela jako mechanika młodego i wyraźnie odstającego od koleżków – przeciętniaków. To znaczy i on, i koleżkowie z bieda-przedmieścia z mieszanką podziwu i nienawiści łypią na wieżowce bogatego centrum, ale Angel ma największe parcie, żeby się tam dostać. I kiedy pojawia się okazja współpracy z gangiem bandziorów, specjalnie się nie waha. A potem już wyjątkowo konsekwentnie kroczy drogą, która wybrał. Bo bardzo szybko się uczy, choćby tego, jak wykorzystywać i uczucia bliźnich, i ich wady, i wszelkie luki w skorumpowanym systemie.

Jakie są plusy tej produkcji? Bardzo zgrabna realizacja i żwawe tempo, choćby scen napadów i skoków, gdzie na chwilę zanurzamy się w typowym kinie opartym na precyzyjnym bandyckim numerze. „Na szczyt” ma też tę trudną do zdefiniowania magię, która sprawia, że jedne filmy mają w sobie tę „prawdę czasu – prawdę ekranu”, a inne stają na uszach, a i tak aż łomocze w nich sztuczność i kliszowatość. Plus również za aktorstwo, zwłaszcza Miguela Herrány i panny Caroliny Yuste. Aktorstwo i dostojnych zawodowców, i naturszczyków – choć oczywiście typki w dresach z przedmieść Madrytu wyglądają dokładnie tak samo, jak typki w dresach z przedmieść innych miast.

Co by jednak nie mówić, to film poprzez swoje tempo trochę chowa nam same postacie. Niektóre za szybko znikają, inne są tylko naszkicowane. Tempo zabija też sensowność pewnych rozwiązań fabularnych i klarowność motywacji, bo wszystko dzieje się jakoś za szybko… Mam wrażenie, że znacznie ciekawszy byłby serial, który pozwoliłby na chwilę oddechu i wybrzmienie wielu rzeczy. No i w końcu to seriale są specjalnością Netfliksa.

Kobiety w MMA. Płeć nie taka słaba. WYWIAD

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera Netflix: “Na szczyt” – czyli film o tym, że ambicja i frustracja to groźna mieszanka - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie