W piątek, 9 listopada w Estrada Stagebar odbył się niezwykły koncert. Na jednej scenie spotkali się bydgoszczanie Old Fashioned i Upside Down z hardcorowcami ze Złotowa, czyli formacją 1125. Dość powiedzieć, że tego dnia Estrada wypełniła się niezwykłą energią i niemal rodzinną atmosferą. Dobry był to gig.
Publiczność, dość licznie zebraną tego wieczoru w Estradzie, rozgrzali lokalsi, czyli najświeższa z trzech wymienionych formacji, choć najstarsza nazwą – Old Fashioned. Jak dobrze liczę, to ich trzeci koncert w Bydgoszczy i trzeba przyznać, że za każdym razem grają coraz lepiej. A grają, oczywiście, stary dobry hardcore. Grają z pasją, werwą i energią potrzebną do tego, by rozruszać publikę. Oczywiście nie zabrakło ich i w piątek, dzięki czemu muzyczna „rozgrzewka” spełniła swoją rolę w stu procentach. Naprawdę zacny występ.
<!** reklama>Po nich na scenie zainstalowali się złotowianie. Kto nigdy nie widział/słyszał 1125 na żywo koniecznie powinien to nadrobić. Chłopaki na pierwszy rzut oka wyglądają całkiem „grzecznie”, ale muzyka, która uprawiają ma w sobie tak brutalną, a zarazem czystą energię, że nie sposób nie tupnąć choć nóżką, o ruszeniu w młyn nie wspominając. Wiele osób zebranych tego wieczoru w Estradzie skorzystała zresztą z tej okazji, co skutkowało rękami i nogami energicznie „latającymi” pod sceną. Kozacka muza, niesamowity klimat i ten wokal... Prawdziwy hardcore – ot co!
Na koniec na scenie pojawili się najbardziej zasłużeni bydgoscy punkowcy, czyli formacja Upside Down. Ich przedstawiać chyba nie trzeba, wszak na lokalnej scenie działają już od 20 lat. I robią to znakomicie – do tego stopnia, że ze swoim melodyjnym punkrockiem, który przecież przeważa w ich twórczości, potrafią rozruszać nawet najtwardszych miłośników nowojorskiego hc. Tak było i tym razem, co zaowocowało wesołym tłumem pod samą sceną, który dodawał im otuchy nawet w tych spokojniejszych numerach w stylu „Retro” czy „Homofobii”. Wesoło, melodyjnie, szybko – całe Upside Down.
Mam świadomość, że leję tu miód na serca wszystkich muzyków, którzy zagrali w piątek w Estradzie, ale wierzcie mi – nie robię tego z czystej kurtuazji. To był naprawdę znakomity gig, po którym legły w gruzach wszystkie sobotnio-rowerowe plany jego uczestników (włącznie z moimi), a było ich sporo. Ale nie ma się czemu dziwić – jeśli na scenie pojawiają się jeden po drugim legendy lokalnej sceny hc/punk, to znaczy, że przed sceną czeka ich ogromne wsparcie, które nie cichnie razem z muzyką. Tak, tak – koncert zakończył się w okolicach północy, impreza parę ładnych godzin później. Tak powinno być zawsze!