Pokój postanowiłem zarezerwować w znanym serwisie internetowych, który w tym pośredniczy. Odetchnąłem, bo ceny na środkowych wybrzeżu Bałtyku nie wydały mi się miażdżące. Zdziwiło mnie natomiast to, że nawet w miejscach, w których można było po rezerwacji bezpłatnie z niej zrezygnować, trzeba to było zrobić w ciągu 10 dni. Nawet jeśli - tak jak w moim wypadku - pobyt w hotelu miał nastąpić dopiero w drugiej połowie lipca.
W dwa dni po rezerwacji zrezygnowałem więc z niej, wybierając bezpieczniejszą ofertę, z niewielką przedpłatą, którą uzgodniłem z właścicielem ośrodka przez telefon. Byłem zdziwiony, gdy w kilkadziesiąt minut po odwołaniu rezerwacji w hotelu zadzwoniła do mnie jego właścicielka z pytaniem, czy powodem była konieczność szybkiej przedpłaty całej należności za pobyt. Gdy potwierdziłem, usłyszałem, że nie jestem pierwszy, który tak zrobił, a potem litanię skarg na serwis, który, jak się dowiedziałem, szybko pobiera od klientów opłaty, lecz z właścicielami miejsc noclegowych rozlicza się dopiero wtedy, gdy pobyt dojdzie do skutku.
Morał jest taki, że nawet jeśli hotelarz nie oskubie cię z pieniędzy, to zrobi to pośrednik. Wypisz, wymaluj jak w handlu opałem.
