W Sądzie Okręgowym w Bydgoszczy 19 kwietnia w procesie apelacyjnym skazano Izabelę C.-G. i jej byłego męża Romana G. na bezwzględną karę pozbawienia wolności. Wyrok w przypadku oskarżonej to 1,5 roku więzienia, a Roman G. ma spędzić za kratami ponad rok. Orzeczenie sądu kończy sprawę, która swój początek miała w 2017 roku, kiedy do hodowli psów w Dobrczu weszli działacze Stowarzyszenia Pogotowie dla Zwierząt.
Zobacz wideo Pogotowia dla Zwierząt na temat wyroku dla pseudohodowców z Dobrcza
To Cię może też zainteresować
- Oboje przez 7 lat nie mogą prowadzić działalności związanej z hodowlą zwierząt i nie mogą posiadać zwierząt. Sąd orzekł także przepadek 170 odebranych zwierząt i nawiązkę 40 tys. zł. na cel związany z ochroną zwierząt - mówi Grzegorz Bielawski z "Pogotowia dla Zwierząt". - To nie była hodowla, tylko wylęgarnia psów.
Przypomnijmy, że jesienią 2020 roku sąd rejonowy wyrokiem w pierwszej instancji skazał Izabelę C.-G. na rok pozbawienia wolności, a jej byłego męża na 8 miesięcy kary więzienia. Na poczet wykonania kar zaliczono oskarżonym czas, jaki spędzili w areszcie śledczym. Poza tym mieli zapłacić 20 tys. zł zadośćuczynienia i zostali objęci pięcioletnim zakazem prowadzenia hodowli psów. Sąd uznał, że kilkaset zwierząt na posesji w Dobrczu było trzymanych w nieludzkich warunkach, ale uniewinnił oskarżonych od zarzutów oszustw na rzecz klientów, którzy kupowali od nich psy.
W procesie z apelacji prokurator żądał kary trzech lat pozbawienia wolności wobec byłego małżeństwa hodowców odpowiadających za nieludzkie traktowanie zwierząt.
Psy brodziły w odchodach
Hodowla zwierząt w Dobrczu została zlikwidowana na początku lutego 2017 roku. Psy i koty mieszkały w skrzyniach i klatkach. Miesiącami nie wychodziły na dwór. 170 zwierząt żyło w ciemnościach. Brodziły w odchodach.
Izabela i Roman G. zostali wtedy aresztowani. Przepisy, które obowiązują od 2012 roku, zakazują rozmnażania zwierząt w celach handlowych z wyjątkiem zarejestrowanych hodowli. W efekcie powstało mnóstwo stowarzyszeń, których nikt nie nadzoruje. Właśnie w takim działali właściciele zwierząt z hodowli w Dobrczu.
Była to największa zlikwidowana hodowla psów rasowych w Polsce, jaką do tej pory udało się odkryć. Nikt wcześniej nie odebrał bowiem z jednego miejsca aż 170 czworonogów.
G. hodowali buldożki francuskie, yorki, maltańczyki, owczarki border collie, bulteriery, shih tzu oraz koty norweskie. Małżeństwo G. zamieszczało ogłoszenia o sprzedaży zwierząt w internecie. Większość z nich wymagała pilnej pomocy weterynaryjnej.
Klienci, którzy przyjeżdżali na miejsce, nie mieli dostępu do miejsca, w którym przebywały wszystkie zwierzęta. Przynoszono im tylko zamówione psy i koty, przygotowane do sprzedaży.
- Zapewniano klientów, że zwierzęta są w dobrej kondycji, podczas gdy po kilku dniach, tygodniach zwierzęta te chorowały, padały - mówił prokurator Adam Lis z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ.
W procesie zeznawało kilkudziesięciu klientów hodowców, którzy przyjeżdżali do Dobrcza po psy z różnych części Polski.
Izabela C.-G. nie przyznawała się do winy. Kiedy na początku procesu w pierwszej instancji była pytana przez sędzię Joannę Jucewicz, czy czuje się winna, oskarżona odparła przecząco. Wygłosiła wtedy jednak oświadczenie.
- Starałam się robić wszystko co w mojej mocy, by zwierzęta były w jak najlepszym stanie - zaczęła kobieta. - W hodowli sprzedaż szła coraz gorzej. Mąż, kiedy zmarł jego ojciec, popadł w depresję, przestał mi pomagać przy hodowli, stał się smutny, załamał się. Było mi ciężko - kobieta swoje wyjaśnienia rozpoczęła od przedstawienia sytuacji z listopada 2016 roku.
Wtedy jeszcze ani ona sama, ani jej mąż nie wiedzieli, że staną przed sądem.
Obrońcy oskarżonych żądali uniewinnienia. Mecenas Szymon Domek podkreślał, że hodowla w Dobrczu w żaden sposób nie może być nazywana "pseudohodowlą". - To była hodowla działająca całkowicie legalnie, tak jak nakazuje to polskie prawo, więc o jego łamaniu nie może być mowy - stwierdził, uznając jednocześnie, że w ogóle wymiar kary proponowany przez oskarżycieli jest zbyt wysoki.
W toku procesu przesłuchano kilkudziesięciu świadków, w większości klientów oskarżonych. Zeznawał, np. Marcin K., który przyjechał do Dobrcza w 2016 roku, by kupić buldoga fancuskiego.
- Już na samym początku, kiedy przyjechaliśmy ze znajomymi na posesję, uderzył nas smród, fetor. Myślałem jednak, że to normalny zapach wsi, nie wiedziałem, iż może to oznaczać, że w hodowli dzieją się jakieś złe rzeczy - zeznawał świadek.
Szczeniak Marcina K. zaraz po przewiezieniu do nowego domu na Pomorzu, zaczął zachowywać się dziwnie. - Miał czarne kropki w uszach. Okazało się, że to świerzb. Zwymiotował żywymi robakami. W klinice weterynaryjnej stwierdzono u niego później zakażenie bakterią występującą w glebie i brudzie.
