Zobacz wideo: Jak naprawdę działa respirator?
Natalia Hinz-Brylew jest specjalistą chorób wewnętrznych. Prywatnie to córka zmarłego niedawno na Covid 19, Grzegorza Hinza, byłego wicedyrektora Wydziału Edukacji Urzędu Miasta Bydgoszczy i byłego wicekuratora oświaty. Choroba jej ojca zaczęła się dość łagodnie, nic nie zapowiadało tragedii.
Każdy chorował inaczej
- 20 września tata poczuł się źle, ale potem wszystko wróciło do normy - mówi pani Natalia. - Dopiero kilka dni później pojawiła się gorączka 39,5 stopni, którą trudno było zbić. W sobotę (26 września) pojechałam do rodziców i zbadałam tatę. Wysłuchałam prawostronne zapalenie płuc. Miał też trochę obniżoną saturację, ale chodził i rozmawiał. Nazajutrz stan się pogorszył, więc decyzja mogła być jedna - wzywamy pogotowie. Tata trafił do jednego z bydgoskich szpitali, gdzie zrobiono mu rentgen płuc i wymaz, który potwierdził obecność koronawirusa. Ostatecznie przetransportowano go do szpitala zakaźnego, gdzie trafił już na OIOM. Został podłączony do respiratora. Eskalacja choroby była jak lawina. Jestem lekarzem, ale czułam się bezsilna i przerażona. Niestety, życie napisało najgorszy scenariusz. Nie mogliśmy się nawet z tatą pożegnać, potrzymać go za rękę. Z uwagi na reżim sanitarny nawet mama, która też była hospitalizowana w szpitalu zakaźnym, nie mogła tam wejść. Odszedł bez bliskich.
Koronawirus dotknął też rodzinę pani Natalii.
- Każde z nas przechorowało go inaczej - mówi. - Młodszy syn miał przez pół dnia zapalenie spojówek, starszy - przez 3-4 dni kaszel i przez 1 dzień stan podgorączkowy. Ja czułam potworną suchość w gardle i niesamowite zmęczenie. Wejście po schodach na piętro w domu było jak zdobywanie Himalajów. Straciłam węch i smak, podobnie jak moja mama. Mąż, który uprawia sport, początkowo miał wynik testu ujemny, ale po tygodniu wystąpiły objawy: osłabienie, wysoka gorączka, bóle mięśni, obniżona saturacja. Chorobę przechodził najgorzej z całej naszej czwórki. Jestem lekarzem, więc było nam łatwiej, ale mówię to po to, by nikt nie lekceważył żadnych objawów. Jeśli coś nas niepokoi, kontaktujmy się z lekarzem rodzinnym, który zleci wykonanie testu. Nie bójmy się wyniku.
Dzielmy się osoczem
Bydgoszczanka zachęca wszystkich, którzy pokonali wirusa, do dzielenia się osoczem z innymi.
- Dla taty go zabrakło, dla mamy też, choć ją na szczęście udało się lekarzom uratować - mówi pani Natalia. - Coraz więcej osób choruje i przybywa ozdrowieńców. Dzielmy się osoczem. Jedna taka osoba może nim obdzielić aż trzech chorych. Nie bądźmy obojętni, bo to na razie najlepszy sposób, by pomóc chorym. Osocze mogą oddać osoby w wieku 18-60 lat po 28 dniach od ustąpienia objawów. Ja i mój mąż na pewno to zrobimy.
Nie mogliśmy się nawet pożegnać z tatą, potrzymać go za rękę. Odszedł sam, bez bliskich - mówi Natalia Hinz-Brylew.
Natalia Hinz-Brylew apeluje też do wszystkich, u których potwierdzono zakażenie, aby nie ukrywać tej informacji i powiadomić osoby, z którymi się kontaktowały.
Strach przed odrzuceniem
- To bardzo ważne - mówi. - Tylko w ten sposób możemy pokonać transmisję koronawirusa i skutecznie się izolować. My tak zrobiliśmy. W całej tej sytuacji nie zabrakło życzliwych gestów znajomych i przyjaciół, ale doświadczyliśmy też ostracyzmu. Potraktowano nas jak byśmy byli trędowaci. I to było podłe. Myślę, że wiele osób zakażonych, właśnie w obawie przed reakcją społeczną, boi się przyznać, że zachorowało. Jednak nie tędy droga. Potrzebny jest jasny komunikat "Zaraziłem się, więc wy uważajcie na siebie". Dystans i noszenie maseczek ma sens i nie dyskutujmy z tym. Na razie nie ma szczepionki na koronawirusa, więc bądźmy życzliwi dla siebie i okazujmy szacunek innym. Ten wirus nie zniknie za tydzień, czy dwa. Pozostanie z nami na dłużej, dlatego zachowujmy się odpowiedzialnie.
Nie tylko rodzinne doświadczenia, ale też zawodowe sprawiły, że Natalia Hinz-Brylew zdecydowała się na ten apel.
- Podczas teleporad, gdy jest wskazanie, zlecam testy moim pacjentom, ale niektórzy wcale nie stawiają się na nie - mówi lekarka. - Ludzie boją się izolacji, odrzucenia. To pokazuje, że ten wirus nie tylko niszczy zdrowie, ale też zostawia w głowach ludzi potworny lęk. I jeszcze jedna sprawa, warto mieć w domu pulsoksymetr, który pozwala na pomiar saturacji. Koszt jego zakupu to ok. 150-200 zł. Teraz, gdy głównie są teleporady, to urządzenie w razie choroby w warunkach izolacji domowej pozwala lepiej lekarzowi monitorować stan pacjenta. Warto je mieć.
