Wybory prezydenckie 2020: Dobry zły i brzydki. To była najkoszmarniejsza kampania w historii

Agaton Koziński
Agaton Koziński
fot. Szymon Starnawski
Jeszcze nigdy kampania wyborcza nie była prowadzona w stanie takiej niepewności jak teraz. Wszystko z powodu pandemii. Ale też ten stan niepewności przełożył się na wyjątkowo agresywną, brutalną kampanię wyborczą. Taką, w której pozytywne postulaty niemal całkowicie znikły w morzu wzajemnych inwektyw i ataków. To dlatego kampania prezydencka była tak dramatycznie zła.

Wydawało się, że wszystko już było, że wszystko już widzieliśmy. Że polska polityka - która od 2005 r. toczy się w tym samym rytmie polaryzacji między PO i PiS - niczym nie jest w stanie nas zaskoczyć. Tym bardziej, że to czwarte wybory z rzędu. Jesienią 2018 r. mieliśmy kampanię samorządową. W 2019 r. wybory europejskie i parlamentarne. Teraz - prezydenckie. I za każdym razem (choć nazwiska i konfiguracje się zmieniały) wybór dla Polaków sprowadzał się do jednego: czy jesteś za PiS-em, czy za Platformą.

Teraz znów mamy to samo. Z jednej strony wspierany jednoznacznie przez PiS Andrzej Duda. Z drugiej wiceprzewodniczący PO Rafał Trzaskowski. A jednak przyglądając się tegorocznej kampanii nie ma wątpliwości: tak dramatycznie źle to jeszcze nigdy nie wyglądało. Cała kampania nie dość, że była bardzo rozchwiana i z wieloma znakami zapytania z powodu koronawirusa, to jeszcze do tego niezwykle agresywna, pełna przemocy (głównie symbolicznej, choć fizyczna też się zdarzała) i wzajemnej między stronami konfliktu politycznego coraz trudniej skrywanej nienawiści.

Obie strony walczą o wszystko - i widać, że to „wszystko” przekłada się na metody. Kiedyś powiedzenie „tonący brzytwy się chwyta” Antoni Słonimski sparafrazował na „tonący brzydko się chwyta”. Teraz potrzebna jest kolejne uaktualnienie - na „każdy brzydko się chwyta”, bo widać, że tej kampanii każdy jest gotów na każdy ruch (także poniżej pasa), byle tylko zaszkodzić rywalowi.

Ale też nie tylko brutalność tej kampanii przesądza o jej wyjątkowości. Także szczególny moment i okoliczności, w jakich ona się odbywała. Poniżej krótki przegląd najbardziej charakterystycznych dla niej sytuacji. Niestety, większość z nich jest zła lub brzydka. Ale znalazły się też dwie cechy dobre.

Dobry

Dwa zdarzenia z tej kampanii zdecydowanie zasługują na pozytywną ocenę. Po pierwsze, frekwencja wyborcza. Już w ubiegłym roku była wysoka. W majowych eurowyborach najwyższa w historii polskich elekcji do Parlamentu Europejskiego, z kolei w listopadowych wyborach parlamentarnych jednak z najwyższych po 1989 r. Ale w pierwszej turze jeszcze wzrosła - do 64 proc. Jesteśmy już bardzo blisko historycznego (i wydawało się będącego poza jakimkolwiek zasięgiem) wyniku z 1995 r., kiedy głos oddało 65 proc. dorosłych Polaków.

Czy ten rekord może paść w niedzielnym głosowaniu? Z jednej strony napięcie polityczne, temperatura przedwyborcza podpowiadają, że to możliwe. Z drugiej jednak strony nie można zapomnieć, że trwają już wakacje. Wiele osób wręcz musi na urlopy jechać, gdyż z powodu pandemii pracodawcy chcą kwestie dni wolnych uporządkować jak najszybciej. To może frekwencję zaniżyć. Pewnie więc będzie wysoka, powyżej 60 proc., ale do rekordu z 1995 r. się nie zbliży.

Czytaj także

I druga rzecz, która w tej kampanii zaskoczyła pozytywnie: sondaże. W 2015 r. łatwiej było przewidywać polityczną przyszłość zaglądając do szklanej kuli niż kierując się „danymi” pokazywanymi przez sondażownie. Teraz jest już inaczej. Kampania przed pierwszą turą była bardzo dynamiczna, pandemia odcisnęła na niej bardzo silne piętno, sprawiło, że wiele sytuacji - wydawać by się mogło jasnych, klarownych, oczywistych - stało się nagle trudnymi do zarządzania. Ale przez cały ten czas wyniki sondaży trzymały poziom. Na koniec pokryły się z wynikiem elekcji. Każdy, kto śledził liczby podawane przez ośrodki badawcze, w żaden sposób nie był zaskoczony wynikami wyborów. Wszystko się pokryło.

Z jednym wyjątkiem. I sondażowne, i exit poll w niedzielny wieczór zrobiły jeden błąd: zaniżyły poparcie dla Andrzeja Dudy. Uzyskał on ostatecznie 2-3 pkt proc. głosów więcej niż wynikało wcześniej z sondaży i exit polli.

W żaden sposób trendów to nie zaburzyło, odczyty sondaży były poprawne - ale jednak o tym niedociągnięciu trzeba pamiętać. Trzeba w kontekście drugiej tury. Bo teraz sondaże pokazują, że Duda i Trzaskowski idą łeb w łeb. Albo tak jest w rzeczywistości - albo wynik obecnego prezydenta jest po raz kolejny zaniżony, a więc właściwie dziś jest już pewne, że wygrał. W niedzielę wieczorem przekonamy się, jaka była prawda.

Zły

Przede wszystkim pandemia. Ona jest zła sama w sobie - a jej wpływ na wybory był najgorszy, jaki tylko sobie można wyobrazić. Bo to koronawirus stał się główną przyczyną, która uczyniła tę kampanię tak nieznością.

Pandemia miała na nią wpływ podwójny. Po pierwsze, zakłóciła normalny cykl przygotowań do wyborów. Pierwotnie pierwsza tura wyborów była zaplanowana na 10 maja. Tyle że bardzo długo nie było wiadomo, czy te wybory będzie można zorganizować - ze względów pandemicznych. W parlamencie pojawił się projekt ustawy o głosowaniu korespodencyjnym, ale ten pomysł też wzbudził więcej kontrowersji niż zachwytów. W skrócie: właściwie przez cały marzec i kwiecień mieliśmy wielką dyskusję o tym, kiedy można bezpiecznie przeprowadzić wybory. I nikt nie umiał udzielić precyzyjnej odpowiedzi.

Znalezienie rozwiązania skomplikowały interesy polityczne. Sondaże pokazywały wyraźnie, że przy wyborach 10 maja Duda wygra najprawdopodobniej w pierwszej turze. Momentalnie więc na dyskusję o bezpieczeństwie wyborów nałożyła się dyskusja polityczna. Wyraźnie było widać, że PiS z całych sił dąży do przeprowadzenia wyborów w konstytucyjnym terminie - bo w ten sposób miał gwarancję wygranej własnego kandydata.

Dokładnie odwrotnie zareagowała opozycja - widząc, że jej kandydaci przegrają 10 maja z kretesem robiła wszystko, żeby wybory przesunąć. Błyskawicznie więc wokół daty wyborów wybuchł potężny polityczny spór, w którym sięgano po wszelkie dostępne środki nacisku. I widać było, że polityka wzięła zdecydowanie górę nad kwestiami zdrowia i bezpieczeństwa Polaków.

Ostatecznie wybory zostały przesunięte (trzy dni przed datą 10 maja). Ale kolei ten ruch uruchomił potężną polaryzację. Zapoczątkowało ją wymiana kandydatów w Platformie Obywatelskiej.

Oryginalnie PO uznała, że największe szansę na odebranie Andrzejowi Dudzie prezydentury ma Małgorzata Kidawa-Błońska - jako kandydatka ze stosunkowo niedużym elektoratem negatywnym, umiejąca łączyć różne środowiska. Miała ona odejść od tradycyjnej polaryzacji PO i PiS, pójść środkiem polskiej drogi spychając Dudę na prawy bok - i w ten sposób odebrał mu Pałac.

Tyle że przyszła pandemia - a Kidawa-Błońska w kampanii prowadzonej w takich warunkach kompletnie się nie umiała odnaleźć. Sytuacja zrobiła się dla PO na tyle trudna, że istniało poważne ryzyko, że utracą oni (pewne wydawałoby się) miejsce w drugiej turze na rzecz Szymona Hołowni lub Władysława Kosiniaka-Kamysza.

Czytaj także

Dlatego - gdy po przełożeniu wyborów pojawiła się taka okazja - Platforma zdecydowała się na zmianę swojego kandydata. W miejsce Kidawy-Błońskiej wszedł Rafał Trzaskowski. Prezydent Warszawy wiedział, że musi gonić, musi nadrobić punkty stracone przez jego poprzedniczkę we wcześniejszej części kampanii. Dlatego od samego początku zaczął sięgać po sprawdzone we wcześniejszych wyborach schematy: ostrą polaryzację z PiS-em. Jego wyborcom ostre ataki na rządzący obóz się spodobały. Poparcie dla niego błyskawicznie poszło w górę, już po kilku tygodniach jego główni rywale po stronie opozycji (przede wszystkim Hołownia i Kosiniak-Kamysz) mogli tylko oglądać jego plecy. Pod tym względem strategia zdała egzamin, Trzaskowski z dobrym wynikiem (zdobył 30,5 proc. głosów w pierwszej turze, więcej niż Platforma w jesiennych wyborach parlamentarnych) wszedł do drugiej tury.

Ale przy okazji kampania się zradykalizowała - bo PiS w żaden sposób nie zamierzał nadstawiać drugiego policzka. Na to jeszcze nałożyła się (po raz kolejny) kwestia koronawirusa. Pandemia sprawiła, że nagle pojawiła się w Polsce recesja gospodarcza - głębokości której nikt nie zna do tej pory. To sprawiło, że przedstawianie jakichkolwiek pozytywnych programów było właściwie nie możliwe. Trudno było składać atrakcyjne obietnice na przyszłość, o czym dobrze wiedzieli i wyborcy, i kandydaci. Pozostała więc tylko radykalizacja przekazu w atakach na politycznych rywali. I właśnie to sprawiło, że ta kampania tak źle nam się dziś kojarzy. Ktokolwiek w niedzielę będzie zwycięzcą wyborów, dobrych wspomnień z niej mieć nie będzie. Co najwyżej poczucie ulgi.

Brzydki

Ta radykalizacja pokazała, jak brzydką twarz potrafi mieć polska polityka. Za symbol tego można uznać debaty kandydatów w wyborach. O ile pierwsza debata (jeszcze przed wyborami planowanymi na 10 maja) była jeszcze w miarę normalna - a przy okazji bardzo nudna - to już kolejna, przed pierwszą turą 28 czerwca okazała się po prostu atakiem na Trzaskowskiego. Pytania, formalnie kierowane do wszystkich 11 kandydatów, zostały ułożone tak, żeby uderzyć w kandydata Platformy. On starał się robić dobrą minę do złej gry w czasie debaty, wyjść z niej z ciosem, ale nie do końca mu się to udało. Powstało wrażenie, że jest atakowany przez organizatorów debaty (TVP), ale też że nie do końca wie, jak przed tym atakiem się bronić. Próbował być w czasie debaty ofensywny, ale zamiast tego sprawiał wrażenie agresywnego. Zdecydowanie jeden z brzydszych momentów kampanii.

Dlatego przed drugą turą Trzaskowski postanowił zmienić taktykę. Odmówił udziału w debacie TVP (publiczny nadawca jest przepisami zobligowany do jej organizacji), zamiast tego próbował zmusić Dudę do udziału w debacie w innych mediach. Ale prezydent nie był tym zainteresowany. W efekcie obserwowaliśmy dwutygodniową „debatę o debacie”, by w efekcie nie mieć żadnego telewizyjnego starcia dwóch rywali do fotela prezydenta. Po raz pierwszy od wprowadzenia powszechnych wyborów głowy państwa nie udało się ich skłonić do tego, by na oczach Polaków starli się na poglądy, swoje wizję Polski. Coś, co jeszcze niedawno wydawało się zupełnie niemożliwe, stało się faktem. I symbolicznym dowodem tego, jak koszmarnie zła i brzydka jest tegoroczna kampania.

Bo brzydkich momentów w jej trakcie była cała masa. Choćby szarpanina dwóch posłów: Sławomira Nitrasa i Sebastiana Kalety. Pierwszy siłą zatrzymał drugiego, gdy ten chciał wtargnąć na konferencję prasową Trzaskowskiego. A Kaleta chciał na nią wejść, bo wcześniej podobne ruchy wykonywał Nitras, przerywając konferencję wiceministra zdrowia.

Kolejne epizody. Ułaskawienie pedofila przez Dudę - już sam ten fakt budzi mnóstwo kontrowersji. Albo wypowiedzi prezydenta, które można było zinterpretować jako próbę negowana sensu obowiązkowych szczepień. Wcześniej, jeszcze przed pierwszą turą, dużo ostrzej i bardziej jednoznacznie ich sens podważył Kosiniak-Kamysz (co dziwi tym bardziej, bo on jest lekarzem). Z drugiej strony mieliśmy personalen ataki na Andrzeja Dudę ze strony posłów Platformy, sugerujących jednoznacznie choćby jego romanse, czy tolerowanie pedofilii jako takiej. Podobnych przykładów można wymieniać mnóstwo.

A na to wszystko nakładał się niemal całkowity brak pozytywnej agendy u głównych kandydatów. Duda dużo mówił o swoim programie, ale w dużej mierze sprowadzał się on do obrony tego, co udało się mu zrealizować w ostatnich pięciu latach. Trzaskowski w ogóle programu unikał. Przedstawił go dopiero na dzień przed pierwszą turą wyborów, przed drugą wprowadzał do niego modyfikację. Właściwie żaden jego pozytywny postulat programowy nie przebił się do świadomości Polaków. Dominował przekaz negatywny. Przekonywanie Polaków, że warto zagłosować na jednego kandydata, bo drugi jest dużo gorszy. To był lejtmotiv tej kampanii opartej przede wszystkim na polaryzacji między PO i PiS. Dlatego właśnie ona była taka koszmarna.

I trudno zakładać, by w przyszłości miało być inaczej. Żelazna zasada polaryzacji politycznej mówi: im dłużej ona trwa, tym staje się bardziej skrajna i radykalna. Dlatego już teraz trzeba się przygotować na to, że w kolejnych wyborach w 2023 r. będziemy świadkami podobnie koszmarnie brutalnej i agresywnej kampanii jak teraz. Bo skoro obie strony używają ciągle tych samych argumentów, to - żeby się z nimi przebić - muszą swój przekaz radykalizować. Dlatego trzeba brać poważnie pod uwagę scenariusz zakładającyj, że wybory w 2023 r. będą jeszcze bardziej negatywne.

Andrzej Duda czy Rafał Trzaskowski? Sprawdź, jak głosowali z...

Polaków miłość do działek

Wideo

Materiał oryginalny: Wybory prezydenckie 2020: Dobry zły i brzydki. To była najkoszmarniejsza kampania w historii - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3