To sport dla ludzi z charakterem. Można ich spotkać w trudnym, spadzistym terenie, mknących rowerami z prędkością nawet kilkudziesięciu kilometrów na godzinę i zaliczających kilkunastometrowe skoki.
Kolarstwo grawitacyjne narodziło się w Stanach Zjednoczonych w połowie lat 70. ubiegłego wieku i to właśnie tam jest najbardziej popularne. W polskich warunkach kolarze ekstremalni mają raczej pod górkę. Brakuje wsparcia ze strony urzędów i Polskiego Związku Kolarskiego. To dlatego, jak mówią fani grawitacyjnego sportu, często można ich spotkać z łopatami w ręku, pochylonych nad przygotowywaniem toru do zjazdu.
<!** reklama>Jest tak zarówno w Toruniu, jak i Bydgoszczy. W tym drugim mieście kolarze mają do dyspozycji tor na Glinkach i nieco już zapomniany obiekt w Myślęcinku. Czasami organizują sobie zjazdy w niedalekim Koronowie. W Toruniu zjeżdżają na torze w lasku Na Skarpie, tuż za kortami tenisowymi. Cyklicznie bawią się podczas „Wolnych jechanek” (na zdjęciach), nieformalnych zawodów, a raczej treningów, w których wyłania się zwycięzców.
Do kolarstwa grawitacyjnego zalicza się kilka pokrewnych dyscyplin, z których najpopularniejsze to downhill (zjazd), freeride, dual slalom i four cross. Ich cechą wspólną jest pokonywanie stromej trasy, urozmaiconej przeszkodami w postaci muld, kolein, wystających korzeni czy kamieni.
- Jest to sport całkowicie obiektywny, bo polega na pomiarze czasu - kto pokona trasę najszybciej, ten wygrywa - mówi Paweł Tulejko, członek Toruńskiego Klubu Miłośników Rowerów Górskich „Funbike”.
Duże prędkości przy zjazdach wymagają zachowania odpowiedniej równowagi i umiejętności zbilansowania grawitacji, która sprzyja „robiąc” lepszy czas, a jednocześnie naraża na ryzyko upadku. Z tego powodu bardzo ważny jest sprzęt - z mocną ramą, odpowiednimi amortyzatorami i hamulcami.
- Nie chodzi o jakiś szpan, tylko o efektywność jazdy i bezpieczeństwo - mówi Kamil z Bydgoszczy, który zjeżdża od 12. roku życia. - Niestety, to jest sport ekstremalny i trzeba mieć świadomość, że można złapać kontuzję. Mamy zbroję, która chroni żebra, barki, są nakolanniki, nałokietniki i kaski z ochroną szczęki, ale najważniejsza sprawa to uniknąć upadku.
Aby rozpocząć przygodę z kolarstwem ekstremalnym, trzeba wyłożyć od 1 do 2 tys. zł za używany sprzęt. A górne granice? Entuzjaści tej dyscypliny uśmiechają się znacząco... Poza sprzętem najważniejsze są emocje.
- Ci zawodnicy to najczęściej ludzie z wyrazistym charakterem - dodaje Paweł Tulejko. - Nie może być inaczej, bo kiedy zjeżdżasz, to adrenalina wali w głowę bardzo mocno. Warto spróbować.
Zobacz galerię: Rowerowy pojedynek z grawitacją