Prof. Krzysztof Zieniewicz: Liczba dawców narządów zaczęła spadać

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Prof. Krzysztof Zieniewicz, chirurg, transplantolog kliniczny, onkolog. Kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wiodącego ośrodka transplantacji wątroby w Polsce
Prof. Krzysztof Zieniewicz, chirurg, transplantolog kliniczny, onkolog. Kierownik Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, wiodącego ośrodka transplantacji wątroby w Polsce Materiały prasowe
Transplantologia jest jedyną dyscypliną medycyny, która nie ma szans się rozwinąć, jeżeli nie ma akceptacji społecznej. Jeśli społeczeństwo nie akceptuje faktu przeszczepiania narządów, to nigdy to społeczeństwo nie da z siebie potencjalnego dawcy. A jak nie ma dawcy, to nie ma transplantacji. Nie ma od kogo pobrać narządów, żeby przeszczepić chorym – mówi prof. Krzysztof Zieniewicz, szef Katedry i Kliniki Chirurgii Ogólnej, Transplantacyjnej i Wątroby Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego.

Pierwsza w Polsce transplantacja i retransplantacja wątroby u kobiety zakażonej koronawirusem to duże wydarzenie w świecie medycznym?

W Polsce tak, w Europie również. Pacjentką była młoda kobieta, która miała pilne wskazania do transplantacji wątroby z powodu toksycznej, ostrej niewydolności. Już w trakcie badań i przygotowywania do zaplanowanej ze wskazań życiowych transplantacji okazało się, że ma dodatni wymaz w kierunku SARS-CoV-2.

Okazało się to kilka godzin przed zaplanowaną operacją?

Tak jest. Gdybyśmy wówczas zrezygnowali z operacji, to z całą pewnością dla chorej skończyłoby się tragicznie.

Na czym polegała trudność tej operacji?

Pierwsza trudność dotyczyła kwestii decyzyjnej, bowiem do tej pory nie staliśmy przed tego rodzaju wyzwaniem; nie znaliśmy problemu. Dalej mamy ograniczoną wiedzę, jak transplantacja wątroby i później leczenie immunosupresyjne może wpłynąć na losy biorców wątroby z infekcją SARS-CoV- 2. Z doświadczeń europejskich wiadomo – zresztą uczestniczymy jako ośrodek transplantacji wątroby w programie rejestru pacjentów z SARS-Cov—2 wśród wielu ośrodków europejskich – że odsetek zgonów po transplantacji w tej grupie biorców sięga 25-30 procent. Nie potrafimy jeszcze wyjaśnić mechanizmów czy przyczyny takiej sytuacji. Zatem pierwsza sprawa to decyzja, że podejmujemy takie wyzwanie. To było jak wyjazd w nieznane, nie wiadomo, dokąd pojedziemy i czym to się skończy. Druga trudność, w pewnym sensie wpisana w samą procedurę, to konieczność zachowania wszystkich warunków bezpieczeństwa epidemiologicznego dla całego zespołu, który podejmował to wyzwanie. Mam tu na myśli nie tylko chirurgów, którzy musieli się przebrać w indywidualne zestawy ochronne; to również anestezjologów, instrumentariuszki, panie salowe, krótko mówiąc wszystkich, którzy uczestniczyli w pierwszej operacji, a jak się później okazało, nastąpiła konieczność podjęcia drugiej.

Pacjentka – młoda dziewczyna miała chyba mnóstwo szczęścia, bo kiedy pierwsza wątroba się nie przyjęła, znalazł się drugi dawca. To chyba nie zdarza się często?

Rzeczywiście, trzeba tu mówić wyraźnie, że był to wyjątkowo korzystny zbieg okoliczności; wyjątkowe szczęście. Ale na pewno trzeba tu powiedzieć o dwóch kwestiach. Po pierwsze, sytuacja, która zmusiła nas do retransplantacji, a którą w języku transplantologów nazywamy pierwotnym niepodjęciem funkcji przez przeszczepiony narząd, zdarza się bardzo rzadko; to minimalny procent przypadków, które dotyczą chorych po przeszczepieniu wątroby. Nie znamy przyczyny, prawdopodobnie leży ona gdzieś w sferze immunologicznych niezgodności, choć do końca tego nie wiadomo a czynników zapewne jest więcej. Druga kwestia jest taka, że najprawdopodobniej infekcja SARS-CoV-2 nie była tego bezpośrednią przyczyną. A jeżeli, to na pewno nie decydującą. Niestety, nie możemy tego potwierdzić ani wykluczyć. A trzecia sprawa – i to jest rzeczywiście fakt nie do podważenia – że nawet w naszych realiach dostępność narządów w sytuacji super pilnej transplantacji jest nieprzewidywalna. Taki narząd można otrzymać dzięki staraniom koordynatorów Poltransplantu w ciągu kilku godzin, ale czasem trzeba czekać dwa, trzy, pięć dni. Niejednokrotnie stajemy wobec dramatu, że chory, potrzebujący pilnie narządu, umiera zanim dojdzie do pojawienia się w rejestrach dawcy takiego narządu.

W tym konkretnym przypadku to nie był też przeszczep rodzinny, prawda?

Nie był. Za każdym razem była to wątroba pobrana od osoby zmarłej, oczywiście zgodna immunologicznie. Dodatkowym utrudnieniem było dopasowanie rozmiaru wątroby, bo biorczyni jest osobą szczupłą; była więc konieczność zachowania proporcji, żeby potencjalnie przeszczepiana wątroba mogła bez problemów zmieścić się w obrębie prawego podżebrza, pod przeponą biorczyni.

Od tego czasu upłynęło kilka miesięcy. Jaki jest stan pacjentki i jakie są rokowania? Jak długo można żyć z przeszczepioną wątrobą?

To jest bodaj piąty miesiąc po przeszczepieniu; pacjentka jest w bardzo dobrym stanie ogólnym. Jest w domu; okresowo jest kontrolowana w poradni transplantacyjnej zgodnie z określonym algorytmem, przez naszych transplantologów i hepatologów, czyli pracowników Kliniki Hepatologii naszego uniwersytetu. Mówiąc ogólnie, historia transplantacji wątroby nazywana jest kolokwialnie „success story”, czyli historią sukcesu. Głównie z tego powodu, że, po wypracowaniu pewnych technicznych schematów chirurgicznych, postępy immunosupresji, opieki przed, pooperacyjnej pozwoliły na osiąganie naprawdę wieloletnich przeżyć. W dobrych ośrodkach około 90 procent chorych przeżywa rok; 5 lat przeżywa w granicach 77 procent, 10 lat – 61 procent chorych, a przeżycia 20-25-letnie w Europie i u nas też wcale nie są rzadkością. Nasza „najstarsza” chora – w sensie przeszczepienia – żyje ponad 26 lat. Pierwsza transplantacja, udana w Polsce, którą udało się przeprowadzić w naszym ośrodku i w naszym zespole, miała miejsce 30 grudnia 1994 roku. Ta pierwsza pacjentka żyje i ma się znakomicie.

Gdy rozmawialiśmy po raz pierwszy, wspominałam, że w 1996 roku w Paryżu, w klinice Neckera byłam, jako dziennikarka, przy transplantacji wątroby polskiego dziecka. To był przeszczep rodzinny.

Przepraszam za ścisłość natury semantycznej, ale o procedurze transplantacji mówimy, że to jest przeszczepienie. Natomiast przeszczep to narząd, który jest przedmiotem przeszczepienia. O ile mówi się potocznie o przeszczepie wątroby, to prawidłowo powinno się mówić o przeszczepieniu wątroby, czy przeszczepieniu serca. Synonimem jest oczywiście pochodząca z łacińskiego transplantacja.

Zapamiętam. Tamto przeszczepienie, które było niezwykle kosztowne, niestety się nie udało. Jak długo trzeba było czekać na to, aby tego rodzaju operacje mogły się odbywać w Polsce?

Wbrew pozorom bardzo niedługo. O ile pamiętam to był 1999 rok, kiedy rozpoczęliśmy program, zresztą zainspirowani przez ośrodek, z którym współpracujemy cały czas owocnie, czyli Centrum Zdrowia Dziecka, z profesorem Piotrem Kalicińskim i jego zespołem. Mając już w tej kwestii pewne doświadczenie, podjęliśmy kilka krótkich wyjazdów szkoleniowych doskonalących chirurgów i anestezjologów obu zespołów, co pozwoliło na poznanie szczegółów kuchni takich przeszczepień. Nasi przyjaciele chirurdzy dziecięcy, transplantolodzy jeździli właśnie do Szpitala Necker Enfant Malade, do profesora Yanna Révillon, który prowadził wówczas jako chirurg ten ośrodek. Myśmy jeździli do ściśle z nim współpracującego ośrodka prowadzonego przez profesora Jacquesa Belghiti’ego, w szpitalu Beaujon, na północy Paryża, gdzie od dawcy rodzinnego, dorosłego, pobierano lewe segmenty wątroby, bądź lewy płat, a później, po specjalnym przygotowaniu fragment narządu przewożono to karetką do szpitala Necker i przeszczepiano dziecku.

Jechałam taką karetką z lekarzami i lodówką, w której spoczywał wycięty płat wątroby ojca chorego dziecka. Kierowca gnał na sygnale. Liczył się czas?

Tak, aczkolwiek przy tego typu odległościach, czy będzie to pięć czy dziesięć minut dłużej, nie ma kompletnie żadnego znaczenia, przy obecnej jakości płynów perfuzyjnych, czy płynów konserwujących wątrobę. Natomiast faktem niezaprzeczalnym jest, że tak zwany dłuższy okres zimnego niedokrwienia może pogorszyć wyniki przeżycia przeszczepionej wątroby i przeżycia biorcy tego narządu.

Co się dzieje dalej z dawcą, który oddaje część swojej wątroby?

Wątroba jest cudownym organem, który posiada zdolność regeneracji. Obrazowym przykładem tutaj jest starogrecki mit o Prometeuszu, uwieczniony zresztą na setkach waz antycznych, ale i malarstwie flamandzkim; malowali go i Rubens, i Snyders. Historia Prometeusza, który za to, że podarował ziemianom ogień został ukarany przez bogów greckich, przykuty do skał Kaukazu i orzeł, albo według innych przekazów sęp przylatywał codziennie i wydziobywał Prometeuszowi wątrobę, a ta odrastała. To ewidentny dowód na to, że już bardzo dawno starożytni wiedzieli o tej fantastycznej funkcji wątroby, o tym, że ona potrafi, mówiąc obrazowo, odrosnąć. Nie jest to tak, jak z ogonem traszki, który jej odrasta…

… do tego właśnie chciałam nawiązać – czy w tym przypadku nie przypominamy odrobinę traszek czy jaszczurek zwinek?

Akurat w tym przypadku nie, dlatego, że przyrost wątroby ma tu charakter przede wszystkim funkcjonalny, choć gdybyśmy chcieli zmierzyć jeszcze masę i objętość, to oczywiście ona też przyrasta i to w stosunkowo szybkim czasie – w ciągu tygodnia-dwóch. To, co jest absolutnie fantastyczne, to, że przyrasta do takich rozmiarów, jakie są potrzebne do zapewnienia podstawowych funkcji metabolicznych. Nie przyrasta więc w nieskończoność, tak jak nowotwory, które mogą niszczyć po drodze mnóstwo narządów sąsiednich, tylko przyrasta do takiego rozmiaru, który pozwala funkcjonować czy zająć właściwe miejsce w homeostazie całego ustroju. Rodzinni dawcy wątroby oddają w naszych realiach lewe segmenty, czy lewe boczne segmenty wątroby, a w rozwiniętych programach transplantacji w ośrodkach w bogatych krajach w Azji niektórzy oddają prawe płaty wątroby. Po przejściu okresu okołooperacyjnego, czyli dwóch czy trzech tygodni, już w warunkach domowych dawcy zaczynają wracać do normalnego życia, jeżeli nie dochodzi do powikłań, co zresztą zdarza się rzadko. Dość powiedzieć, że dzisiaj dzięki technologii i technice chirurgicznej dokonał się tak fascynujący postęp, że przygotowujemy się powoli do pobierania fragmentów wątroby do przeszczepienia metodami laparoskopowymi, czyli technikami minimalnie inwazyjnymi.

Wątroba jest też tym przykładem, wskazującym, że człowiek posiada super organizm, który sam się regeneruje i potrafi sam się leczyć.

Dzięki temu funkcjonujemy. Ważny jest jeszcze charakter tego człowieka.

Racja. Panie Profesorze, czy wątroba to jedyny narząd, który jest w stanie odrosnąć?

Tak. Jest to wyjątkowy i jedyny narząd, który potrafi w taki sposób zregenerować swoją funkcję i swoją objętość. Nogi nie odrastają. Nasi koledzy chirurdzy naczyniowi, którzy czasami ponoszą porażki, wtedy, kiedy nie potrafią udrożnić obwodowego naczynia, niestety muszą się liczyć z koniecznością amputacji. To dramat dla wszystkich, ale ta noga nie odrośnie. Serce też nie chce rosnąć, chyba że przerasta, ale to już w kategoriach bardziej patologicznych, kiedy wymuszone warunki hemodynamiczne powodują przerosty mięśnia, komór, przedsionków, co niesie ze sobą określone implikacje raczej ograniczeń wydolności narządu niż korzyści, jak w przypadku wątroby.

Słuchałam Pana wykładów, jakie można znaleźć w sieci; w jednym z nich mówił Pan, że transplantologia jest tak stara jak historia ludzkości. Jakim cudem? Chodziło tylko o Prometeusza, czy jest coś jeszcze na rzeczy?

Jest coś na rzeczy i było coś na rzeczy wcześniej, a świadczy o tym znakomicie duża część sztuki czy to ze starożytnego Egiptu, gdzie mamy Sfinksa, Horusa z głową sokoła, Hathor – z głową krowy, Amona-Ra z głową barana - te wszystkie bóstwa, które mają różne części narządów składających się na określoną postać. Antyczna Chimera, Minotaur, centaury czy Meduza odzwierciedlają tę samą myśl. Ale, żeby nie szukać daleko, w tradycji chrześcijańskiej mamy historię Kosmy i Damiana, dwóch świętych, którzy na początku 3 wieku naszej ery przeszczepili kończynę bogatemu człowiekowi, którą pobrali od zmarłego Maura. W chińskiej mitologii też znaleźć można przykład bohaterskiego żołnierza Tsin Yue-jena, któremu zamieniono serce, czy Hua To, któremu przeszczepiono narządy jamy brzusznej. W indyjskich mitach mamy Gaṇeśa, bóstwo z trąbą słonia w miejscu nosa. Ta myśl, aby narządy czy fragmenty narządów były elementem różnych postaci w różny sposób ciągle się przewijała, w myśli ludzkości. No, ale w istocie transplantologia przybrała obecny kształt w latach 60 XX wieku.

Zaczęło się od nerki?

Zaczęło się od nerki, a jakby chcieć sięgnąć głębiej, to od słynnego transplantologa Jurija Woronoja, który w Chersonie, w 1933 roku przeszczepił pierwszą nerkę pobraną od 60-letniego zmarłego dawcy 26-letniej pacjentce z ostra niewydolnością nerek po zatruciu rtęcią. Później amerykańscy chirurdzy pod kierownictwem Josepha Murraya, w 1954 roku w Szpitalu Bent Brigham w Bostonie przeszczepili nerkę pobraną od jednojajowego brata bliźniaka. Obaj bracia przeszli operację bez powikłań, a biorca przeżył z nową nerką 8 lat. W 1962 roku, ten sam zespół w tym samym szpitalu przeprowadził pierwsze przeszczepienie nerki od zmarłego dawcy. Wraz z postępem immunosupresji narządy przeszczepiano z coraz lepszym efektem.

Czytam, że w czasie pandemii drastycznie spadła liczba operacja transplantacji. Jak Pan dzisiaj widzi tę sytuację?

Sytuacja jest zła i nie ma co do tego wątpliwości. Poza aspektem ludzkim, głównym powodem są nasze ograniczenia natury organizacyjnej. No, bo z jednej strony dramatycznie zmniejszyła się, niemal do połowy, liczba zmarłych dawców narządów. Najprawdopodobniej wynika to z jednej strony z zajęcia pacjentami z niewydolnością oddechową oddziałów intensywnej terapii, anestezjologicznych oddziałów, które muszą zajmować się ratowaniem życia chorych z COVID-em, albo z konsekwencjami z niewydolnością oddechową czy niewydolnością krążenia jako wczesnym czy późnym następstwem SARS-CoV-2. Druga rzecz to potencjalni dawcy, wśród których, w naszych, polskich realiach transplantologicznych byli chorzy z krwawieniami, z tętniakami mózgu, udarami – to największa liczba potencjalnych dawców. I oni nie docierają do oddziałów intensywnej terapii, bo nie ma kto ich tam zawieźć, gdyż wszystkie karetki, cała infrastruktura i cały transport zajmuje się chorymi, którzy wymagają pomocy z powodu COVID-u. Zresztą to nie jest tylko nasz, polski problem, bo występuje on na całym świecie.

Ludzie z koronawirusem, którzy mają ogromne problemy z płucami, nie potrzebują przeszczepów płuc?

Przeszczepienia płuc pewnie zaczną być coraz bardziej istotnym wskazaniem. Jak na razie jest kilka przypadków, począwszy od głośnego medialnie pierwszego przeszczepienia, którego dokonali koledzy w Śląskim Centrum Chorób Serca w Zabrzu, kiedy uratowali życie swojego kolegi, ratownika medycznego, u którego doszło do ciężkiej niewydolności w wyniku następstw infekcji COVI -19. Kilka podobnych przypadków zostało przeszczepionych w Gdańskim Uniwersytecie Medycznym. Pewnie tego typu pacjenci, jeśli chodzi o niewydolność oddechową, będą w najbliższych miesiącach czy w najbliższych latach przedmiotem zainteresowania transplantologów płuc czy transplantologów serca, jeżeli wirus będzie doprowadzał do uszkodzenia mięśnia serca i do kardiomiopatii czy powirusowych niewydolności. Wątroba wydaje się tu być dosyć odporna, przynajmniej do tej pory, według naszej wiedzy, na aktywność wirusa SARS-CoV-2, ale wcale nie jest powiedziane, że nagle zorientujemy się, odkryjemy czy dojdziemy do wniosku, że jest jakaś grupa chorych, u których dojdzie do zaostrzenia przewlekłych chorób wątroby czy w wyniku zaburzeń układu immunologicznego, do zwiększenia zaburzeń na przykład wydolności wątroby w chorobach autoimmunoagresyjnych. Na razie nie widać tego na tyle wyraźnie, żeby traktować to jako pewien systemowy wzrost wskazań, ale może się okazać i tak.

Transplantacji których narządów było w Polsce najwięcej do czasu pandemii?

Siłą rzeczy są to biorcy nerek; było to około tysiąca przeszczepień nerek rocznie w Polskich warunkach. Na drugim miejscu bywała i będzie wątroba – tych przeszczepień przed pandemią było 340-380; dzisiaj te liczby są zastraszająco niskie. Dość powiedzieć, w naszym ośrodku, kiedy przeszczepialiśmy wątroby 150-180 pacjentów w ostatnich 3-4 latach, to w 2020 nie osiągnęliśmy 100 – dokładnie było 97 przypadków. A ten rok, ze względu na wiosenną falę jest jeszcze trudniejszy. Cała transplantologia ugina się pod ciężarem pandemii SARS-CoV-2.

Transplantologia w Polsce chyba nie ma szczęścia. Bywało lepiej, potem dopadła ją zupełna zapaść, potem mozolnie się odbudowywała z tej zapaści. Teraz znowu jest regres, ale co to oznacza? Co, jeśli COVID spowoduje, że pacjenci będą potrzebowali przeszczepów? Jakie wnioski można by wyciągnąć?

Nie da się ukryć, że nastroje społeczne, polityczne, w ewidentny sposób wpływają na losy całych systemów transplantacji wszystkich narządów i wyraża się to między innymi w dostępności dawców zmarłych i narządów pobranych od dawców zmarłych. Transplantologia jest jedyną dyscypliną medycyny, która nie ma szans się rozwinąć, jeżeli nie ma akceptacji społecznej. Jeśli społeczeństwo nie akceptuje faktu przeszczepiania narządów, to nigdy to społeczeństwo nie da z siebie potencjalnego dawcy. A jak nie ma dawcy, to nie ma transplantacji. Nie ma od kogo pobrać narządów, żeby przeszczepić chorym. W polskiej, przewrotnej duszy wygląda to w ten sposób: „Jak dla mnie, to dobrze, żeby był dawca. Ale gdybym to ja miał dać, to miałbym już pewne wątpliwości”. Chociaż może aż tak dosłownie nie jest; dane Poltransplantu informują, że tak zwane odmowy, które są respektowane i są powodem niepobrania narządów od zmarłych dawców, liczą 13-14 procent w skali rocznej. Zatem nie jest to jakaś zastraszająca liczba. Ale zawsze można by było tę pulę zasobów transplantologów wzbogacić. Tak się dziwnie składa, że kryzysy w transplantologii układają się zgodnie z politycznymi problemami. Wszyscy pamiętamy słynny 2007 rok i słowa obecnego ministra sprawiedliwości wobec pana doktora G. o tym, że „już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Tak się złożyło, że w momencie dojścia do władzy obecnie rządzących ugrupowań, od 2015 roku, liczba dawców zaczęła spadać – z 782 w 2014 roku do 639 w 2019 r, z 15,4 dawców na 1 mln populacji do 13,1 w 2019 (dane wg Biuletyny Poltransplantu, 2020). Dość powiedzieć, że najmniej zmarłych dawców narządów było w 2019 roku w województwie podkarpackim – 1,9/mln, świętokrzyskim – 5,6/mln, w przeciwieństwie do województw pomorskiego, zachodniopomorskiego, poznańskiego, gdzie te liczby dawców są kilkukrotnie wyższe w przeliczeniu na liczbę mieszkańców- odpowiednio: 22,3/mln, 27,6/mln, czy 20,3/mln populacji. Czy da się to bezpośrednio przełożyć? Pewnie nie dosłownie, ale zalążek ograniczenia pewnego altruizmu, który towarzyszy transplantacji gdzieś jest; gdzieś to się musi ukrywać.

Akurat kościół w Polsce jest za transplantacją; postawa kościoła jest tu otwarta.

Jak najbardziej. W roku 2000 w trakcie światowego kongresu transplantacyjnego w Rzymie około tysiąca uczestników spotkało się wówczas z papieżem, który był jak najbardziej autentycznym, prawdziwym zwolennikiem transplantacji. Podobnie, przynajmniej teoretycznie, zachowała się hierarchia kościelna – mówię o Episkopacie. Dowodem tego był opublikowany w 2007 r. List pasterski w sprawie przeszczepiania narządów „Nadprzyrodzony krwiobieg miłości”. W 2010 roku staraniem środowisk transplantologów, profesora Wojciecha Rowińskiego, profesora Bogdana Michałowicza, profesora Janusza Wałaszewskiego, prof. Wiesława Jędrzejczaka, ja również miałem w tym skromny udział – peregrynowaliśmy po zaułkach Sejmu i Senatu po to, żeby wydano wówczas uchwałę o poparciu państwa dla polskiej transplantologii. W tym samym roku uchwalono Narodowy Program Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej POLGRAFT na lata 2011-2020.

Ów brak altruizmu wpisuje się w nastroje, jakie panowały w pandemii, że „koronawirus to ściema”, a szczepionki to samo zło. Jak to się stało, że ludzie nie mają zaufania do nauki?

Nie wiem, czy Polski Ład, który nas czeka w najbliższej przyszłości będzie stymulatorem rozwoju tych najbardziej nowoczesnych czy wysublimowanych dyscyplin medycznych, a transplantologia czy onkologia w takim zakresie do nich należy. Udało się przedłużyć aktywność Narodowego Planu Rozwoju Medycyny Transplantacyjnej, co jest cennym osiągnięciem i obiecującą perspektywą dla środowiska transplantologów. Nie chcę narzekać a priori, ale ze szczątków informacji, jakie dochodzą, to raczej uniwersyteckie ośrodki – centra transplantacji narządów nie będą w czołówce, jeśli chodzi o dostępność do środków finansowych. Raczej rządzący kładą nacisk na rozwój lecznictwa podstawowego, w tym szpitali regionalnych. One niewątpliwie są bardzo potrzebne, bo to one zapewniają podstawową opiekę zdrowotną i pokrywają potrzeby społeczeństwa. Ludzie częściej chorują na zapalenie wyrostka robaczkowego, czy na kamicę żółciową niż wymagają przeszczepienia trzustki czy przeszczepienia płuc. Ale te dysproporcje, które przewidujemy, niewątpliwie nie będą sprzyjające. Obym się mylił!

Widzi Pan coś optymistycznego?

Oczywiście! Jak najbardziej! Widzę przede wszystkim mnóstwo entuzjazmu zwłaszcza wśród młodych ludzi, studentów medycyny, młodych absolwentów, rezydentów, którzy z niesłychanym entuzjazmem, z szeroką wiedzą, ze znajomością medycyny, uczą się na miejscu, szukają możliwości rozszerzenia swojej wiedzy poza Polską, w Europie, w Stanach Zjednoczonych, prowadzą nowoczesne, niekiedy złożone i trudne projekty badawcze. To pozwala nam – nieco starszym przedstawicielom tego zawodu – w otaczających nas okolicznościach myśleć z optymizmem. Młodzież medyczna stwarza ogromną szansę kontynuacji postępu w medycynie, między innymi w tak fascynującej dziedzinie jaką jest transplantologia.

Po co nam Polski Ład?

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Krzysztof Zieniewicz: Liczba dawców narządów zaczęła spadać - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

G
Gość

Pamiętam jak po słynnej konferencji "ten pan już nikogo nie zabije" drastycznie spadła ilość przeszczepów. Wiecie co to znaczy? Dokładnie to, że policzalna jest ilość osób, która nie przeżyła z powodu jednego kretyna i lansu jaki sobie urządził. Do poziomu sprzed konferencji transplantologia dochodziła kilka lat. I to zero nadal jest na świeczniku. Bezkarne.

Dodaj ogłoszenie