Byłbym może i ja zapał gniewem na szefostwo schroniska, gdybym w tym samym czasie nie przeczytał innego świadectwa. Oto wpis, który w sobotę, 14 grudnia w mediach społecznościowych umieścił niebezdomny (mam nadzieję) dyrektor ds. artystycznych Teatru Polskiego w Poznaniu, Maciej Nowak:
„Poczułem się jak bohater XIX-wiecznej prozy rosyjskiej. W pewnym nietanim hoteliku na Śląsku właśnie zostałem pogryziony przez pluskwy. Dwa rozgniecione na poduszce osobniki zaniosłem jako trofeum do recepcji. Dostałem inny pokój. Ale boję się zgasić światło... Ostatecznie jednak przysnąłem przy włączonych lampach. Obudziło mnie swędzenie na brzuchu, machinalnie wsadzam rękę pod kołdrę, by się podrapać i wyciągam jak na załączonym obrazku. Spadam stąd” – napisał dyrektor, demonstrując na fotce trzy zakrwawione palce.
O niezniszczalności pluskiew pisał też wizjoner Włodzimierz Majakowski. Głównym bohaterem jego komedii fantastycznej „Pluskwa” jest niejaki Prysypkin. Indywiduum to zdradza klasę robotniczą, z której pochodzi. Przyjmuje drobnomieszczańskie obyczaje i styl życia. Żeni się z właścicielką zakładu fryzjerskiego. W trakcie wesela wybucha pożar, w którym giną weselnicy. Pół wieku później w sterylnym świecie odnaleziono zamrożone ciało Prisypkina i... pluskwy - dwóch stworzeń z minionej epoki.
Majakowski napisał „Pluskwę” w 1928 r. Skoro więc jego tytułowa bohaterka żyła jeszcze w roku 1978, to może żyje i kąsa nadal. A komunistyczna pluskwa traktuje bezdomnego i dyrektora jednakowo - według maksymy: „Od każdego według jego zdolności, każdemu według jego potrzeb”.
