Na zawsze stracił twarz aniołka

Redakcja
Było dwóch Christianów K. Jeden grzeczny, który przepraszał, zwieszał głowę, obiecywał poprawę, gdy coś przeskrobał. Drugi wulgarny - kradł, uciekał z domu, wagarował, upijał się. W końcu zabił. Jedyną osobę, która w niego wierzyła.

Było dwóch Christianów K. Jeden grzeczny, który przepraszał, zwieszał głowę, obiecywał poprawę, gdy coś przeskrobał. Drugi wulgarny - kradł, uciekał z domu, wagarował, upijał się. W końcu zabił. Jedyną osobę, która w niego wierzyła.

<!** Image 2 align=right alt="Image 44818" sub="Z policyjnej izby zatrzymań Christian K. (drugi od lewej) został doprowadzony do sądu, który zdecydował, że 17-latek na trzy miesiące trafi do aresztu. Podobnie jak jego kolegom, postawiono mu zarzut zabójstwa.">Wiek zabójców: siedemnaście, szesnaście i czternaście lat.

Narzędzie zbrodni: nóż wojskowy. Kilkanaście ciosów zadanych, m.in., w szyję.

Ofiara: 59-letnia Elżbieta S., przez morderców nazywana ciocią.

Miejsce: mieszkanie cioci na bydgoskim osiedlu Błonie.

Motyw: zabili, bo chciała im przerwać imprezę.

Zaczęło się od duszenia, potem poszło w ruch ostrze noża, który jeden z chłopców pożyczył od kolegi. Po wszystkim dokładnie posprzątali, usunęli zwłoki z pola widzenia i wrócili do picia. Ciało kobiety nie leżało, lecz stało. Postawili je głową w dół, zawinięte w koc, opatulone dywanem. Dywan wcisnęli w kąt małego pokoju, między szafkę i wersalkę. Kiedy po kilku dniach zaczęły się z niego unosić nieprzyjemne zapachy, otworzyli okno.

Nie mieli planu pozbycia się zwłok. Wietrzyli tylko systematycznie. I rządzili w całym mieszkaniu. Wreszcie mieli spokój i pieniądze. Marudzenie cioci ustało, była za to jej torebka, a w niej portmonetka oraz karta, z którą co rusz biegali do bankomatu.

Najmłodszy trochę żałował

17-letni Christian K., dla którego zamordowana była matką zastępczą, 16-letni Remigiusz D. i 14-latek Marcin S. przyznali się do winy od razu, opowiadając wszystko w szczegółach. To, co najbardziej uderzyło prokuratorów i śledczych, to beznamiętny ton relacji i całkowity brak skruchy u młodych zabójców.

- No, może ten najmłodszy trochę żałował. Swojej matce próbował dać do zrozumienia, że coś się stało, ale nie mówił wprost i kobieta nie zorientowała się, o co chodzi - mówi Leon Bojarski, szef Prokuratury Bydgoszcz-Południe.

31 stycznia mieszkańcy bloku przy ul. Korczaka na bydgoskim Błoniu zawiadomili miejscowy komisariat, że z lokalu na pierwszym piętrze dobiegają hałasy libacji. Sąsiadów niepokoiło też zniknięcie właścicielki mieszkania, 59-letniej Elżbiety S. Nie widzieli jej od ponad tygodnia. Spotykali za to na schodach jej wychowanka Christiana w otoczeniu kolegów.

- Kochała go jak własnego, ale miała z nim sto światów. Co tu dużo gadać - macha ręką jeden z sąsiadów.

Zwłok kobiety nie znaleziono od razu. Za zakłócanie spokoju chłopcy trafili na komisariat i wówczas wszystkich wprawiło w osłupienie zadziwiające wyznanie Christiana.

- W mieszkaniu została jeszcze ciocia - powiedział i swoim zwyczajem zwiesił głowę.

Cała trójka przyznała się do zabójstwa. Twierdzą solidarnie, że każdy z nich dźgał kobietę nożem.

Christian to drobny, niepozorny blondynek. Nieżyjąca matka alkoholiczka, pozbawiona zresztą za życia praw rodzicielskich, ojciec z przeszłością kryminalną, niełożący na syna, do tego alkoholik, niewywiązujący się z obowiązku leczenia odwykowego. Kiedy chłopiec był mały, został porzucony przez matkę. Wychowywała go babcia i dom dziecka.

Po wyjściu z więzienia Mirosławowi K. udało się na krótko odzyskać pełnię władzy rodzicielskiej. Wyciągnął synka z sierocińca, ale nie wytrwał długo w roli przykładnego ojca. Opiekę nad dzieckiem przejęła przyjaciółka Mirosława, starsza od niego Elżbieta S. W 1998 roku sąd rodzinny ustanowił ją matką zastępczą. Wzięła małego do siebie. Od czasu do czasu pomieszkiwał u niej również Mirosław K. Sąsiedzi opowiadają o dobiegających z mieszkania odgłosach awantur. Kilka razy interweniowała policja.

Lucyna Dymarkowska, kurator rodzinny, od 12 lat sprawująca nad Christianem nadzór, napisała w jednym ze sprawozdań: „Sprawia wrażenie dziecka miłego, anioła. Potrafi być grzeczny, by po chwili stać się wulgarnym i napastliwym”.

<!** reklama left>- Tak, jakby miał dwie twarze - mówi kuratorka.

- Jedną na co dzień, a drugą od święta - potwierdza wychowawca z Zespołu Szkół Budowlanych, gdzie Christian miał chodzić od września 2006 roku, po ukończonym z trudem gimnazjum. Ale nie chodził. Pojawiał się w szkole sporadycznie. Od 24 listopada 2006 nie zagrzał w szkolnej ławce ani sekundy. Albo wagarował, albo przynosił usprawiedliwienia od cioci. Znikał też z domu na całe tygodnie.

Dlaczego znów go przyjęła?

- Kiedy czuł, że ciocia może się dowiedzieć o jego wagarach, uciekał z domu. Rozmawiałam z nim wiele razy. Próbowałam go zrozumieć, zmotywować. On sam nie umiał wytłumaczyć, dlaczego ucieka. W domu miał wszystko. Warunki do wypoczynku, do nauki. Tylko nie wolno mu było pić w domu alkoholu. Pani Elżbieta nigdy by na to nie pozwoliła. Była konkretną i silną osobą. Wierzyła w Christiana. Była pewna, że da sobie z nim radę - dodaje Lucyna Dymarkowska.

11 stycznia 2007 roku Christian znowu uciekł. Wówczas miał już na koncie wyrok w zawieszeniu za włamanie do fryzjera. Z domu ukradł radio. Podczas rozmowy z kurator Dymarkowską Elżbieta S. po raz pierwszy przyznała się wtedy do bezradności.

- Powiedziała, że zamierza złożyć w sądzie wniosek o rozwiązanie rodziny zastępczej. Chciała też zawiadomić prokuraturę, że Mirosław K., ojciec Christiana, znęca się nad nią. Doradziłam jej, by nie wpuszczała już chłopaka do domu. Zmieniła zamek w drzwiach - wspomina Lucyna Dymarkowska.

Wniosek Elżbiety S. nigdy do sądu nie dotarł. Nie wiadomo, czy w ogóle został przez nią napisany. Została zamordowana w poniedziałkową noc 22 stycznia. Ostatnia wizyta kurator Dymarkowskiej nie doszła do skutku. - Byłam tam 29 stycznia. Nikt nie odebrał domofonu.

Nie wiadomo, czym Christian przekonał Elżbietę S. po swojej ostatniej ucieczce, że znowu przyjęła go do siebie. W grudniu ubiegłego roku kobieta zaczęła dorabiać do emerytury jako opiekunka dzieci, więc za dnia chłopak miał do dyspozycji całe mieszkanie. Spraszał kolegów i koleżanki. Sąsiedzi przyznają, że imprezy odbywały się na okrągło.

- Rządził na całego - mówi jeden z lokatorów.

Wiele instytucji i cała rzesza specjalistów próbowała dotrzeć do głowy Christiana. Wszyscy przyznają, że docierali tylko na chwilę - do aniołka. Do tej drugiej osoby nikt nigdy nie uzyskał dostępu. Nawet ciocia. Kiedy uciekał z domu, szukała go po całym mieście. Rozmawiała z taksówkarzami, dzwoniła do szpitali i na policję. Wieszała na słupach i murach ogłoszenia z jego zdjęciem.

- Uciekał przed nią po osiedlu. Bawił się z nią w kotka i myszkę - mówi kuratorka.

Ustawową kontrolę nad rodziną zastępczą, oprócz kuratora sądowego, pełnił Rejonowy Ośrodek Pomocy Społecznej. Pracownik socjalny interweniował w bieżących problemach i sporządzał co pół roku obowiązkowe sprawozdania dla sądu. W żadnym z nich nie ma sugestii, że Elżbieta S. sobie nie radzi.

- Wiedzieliśmy o wagarach i ucieczkach, ale sytuacja ulegała co jakiś czas poprawie. Oferowaliśmy pani S. pomoc psychologiczną. Jesteśmy zszokowani, że doszło do takiej tragedii. Nic na to nie wskazywało - przyznaje ze smutkiem Małgorzata Raczyńska, zastępca kierownika ROPS na bydgoskim Błoniu.

Nie chciał niczyjej pomocy

Christian pojawił się na dwóch spotkaniach z psychologiem w Poradni Psychologiczno-Pedagogicznej i był kilka razy na zajęciach w ośrodku rozwiązywania problemów alkoholowych. Nigdzie nie dokończył terapii.

- Nie chciał niczyjej pomocy. Zapytałam go kiedyś, jaki ma w życiu cel, co jest dla niego ważne. Milczał. Wychodził za drzwi i dalej robił swoje - opowiada szkolna pedagog.

- Nie przyjaźnił się z nikim z klasy, był tu tylko tolerowany. W szkole niczym specjalnym się nie wyróżniał. Nie był agresywny. Był za to zamkniętym uczniem i wyczuwało się w nim dziwną pewność siebie - dodaje wychowawca.

- Na takich jak on mówimy „grupa cienia”. Sprawiają typowe problemy wychowawcze, nie za bardzo rzucają się w oczy. Taki właśnie był Christian - uważa nauczyciel wychowania fizycznego, który uczył chłopaka w podstawówce.

- Zawsze go broniła i mówiła, że ma chłopak złote serce. Pamiętam ją jak dziś, gdy idzie ze sklepu obładowana torbami. Pytam, co to za okazja, a ona, że Christian ma szesnaste urodziny. Komórki mu kupowała, dresy. A potem się żaliła, że znowu gdzieś posiał. Niczego gówniarzowi nie brakowało. Wszyscy mu dawali szansę. O jedną szansę za dużo - kręci głową znajomy zamordowanej. Ostatni raz widział ją wieczorem w dniu zabójstwa. Charakterystycznie przekrzywiona z powodu zwyrodnienia kręgosłupa, szła w kierunku banku. Była zamyślona. Nie odpowiedziała na pozdrowienie.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie