Zwierzenia przy muzyce: Maria Sadowska, stuprocentowa...

Zwierzenia przy muzyce: Maria Sadowska, stuprocentowa feministka

Magda Jasińska

Express Bydgoski

Aktualizacja:

Express Bydgoski

Maria Sadowska

Maria Sadowska ©MWMEDIA

Rozmowa z Marią Sadowską - wokalistką, scenarzystką, reżyserką filmową i feministką. Jej ostatnia płyta „Jazz na ulicach” zdobyła miano złotego krążka.
Maria Sadowska

Maria Sadowska ©MWMEDIA

Maria już nie Marysia? Taki niespokojny duch?


Oj, tak czasami niespokojny, czasami nie.

Muzyka i obraz są w kręgu Twoich zainteresowań, choć genetycznie skazana byłaś na muzykę, a dokładnie na jazz.


Moi rodzice nigdy nie chcieli, żebym była muzykiem, wiedzieli, że to niewdzięczny i trudny zawód. Robili wszystko, żebym tym muzykiem nie została, nawet nie zapisali mnie do szkoły muzycznej.
Dopiero mając 9 lat sama tupnęłam nogą i kazałam się do tej szkoły muzycznej zapisać. No i nie dało się od tego uciec. Jako dziecko jeździłam z rodzicami w trasy koncertowe, niemalże wychowywałam się na scenie i to była moja decyzja. Moja mama, dopiero kiedy zrobiłam film „Dzień kobiet”, po premierze przyszła do mnie i powiedziała: „No, teraz już się nie martwię o ciebie, masz już jakiś porządny zawód”. A ja już nagrałam do tej pory 11 płyt.

Takie łączenie dwóch pasji dopełnia, a nawet uzależnia...


Uzależnia i to bardzo, obie te pasje są bardzo zazdrosne i są jak narkotyk. Jak ktoś się zajmie muzyką, to nigdy nie przestanie - zawsze się do niej wraca. Podobnie jest z filmem. Chociaż obie te dziedziny są podobne do siebie, to jednak muzyka jest bardziej dziedziną abstrakcyjną, gdzie na te emocje się wpływa niewerbalnie. W filmie musi być bohater, konflikt i historia. Powiem szczerze, że nigdy nie sądziłam, że uda mi się te obie pasje pogodzić. To nie jest proste, ale nauczyłam się z tym żyć.

W którym momencie pomyślałaś, że oprócz muzyki zajmiesz się też obrazem?


Właściwie od dziecka. Zawsze, odkąd pamiętam, biegałam z jakimiś kamerkami, najpierw był taki wielki VHS, potem pracowałam w „Tęczowym Music Boksie” i też mnie obraz interesował. Do końca wtedy nie wiedziałam, na czym polega reżyseria filmowa, myślałam, że będę robić teledyski muzyczne, moim guru był Zbigniew Rybczyński. Potem, kiedy dostałam się do łódzkiej filmówki, dopiero się przekonałam, że reżyseria filmowa to zupełnie coś innego. Dawniej lubiłam przerost formy nad treścią, a teraz wręcz odwrotnie. Dla mnie film jest rodzajem poważnej dyskusji z widzem, też takim manifestem poglądów i próbą zawalczenia o to, żeby świat był trochę lepszy.

A ile w Tobie jest z feministki?


Bardzo dużo, jestem stuprocentową feministką. To słowo tylko w Polsce brzmi pejoratywnie, to propaganda mężczyzn. Tak się myśli, że feministka to taki babochłop. Ja jestem prawdziwą kobietą, matką - ubieram się w sukienki, chodzę w butach na obcasach i to mi nie przeszkadza być feministką i walczyć o prawa kobiet.
Łatwo Ci jest pogodzić bycie matką i spełniającą się w zawodzie kobietą?
Mogłam mieć dziecko wcześniej, ale fajne jest takie dojrzałe macierzyństwo. Dziecko mi dało wielkie szczęście, także w życiu zawodowym. Ostatnie dwa lata były dla mnie bardzo pracowite, mogłam się spełniać. To dzięki temu, że mam wspaniałego faceta i dziadków, którzy mi bardzo pomagają.

Też będziesz taką mamą jak Twoi rodzice, którzy nie chcieli, żebyś była muzykiem?


Widzę po sobie, że od tego nie da się uciec. Lilka jeździ z nami na koncerty, muzyka jest wszędzie - ona już śpiewa i tańczy. Będę chciała ją zapisać do szkoły muzycznej niezależnie od tego, czy tym muzykiem zostanie. Szkoła muzyczna daje fantastyczny rozwój osobowości i dyscyplinę, która się przydaje w życiu.

Który moment w życiu muzycznym był przełomowy?


Trudno powiedzieć, chyba płyta „Tribute to Krzysztof Komeda”. To był pierwszy moment, kiedy przestano mnie traktować jak Marysię z „Tęczowego Music Boksu” i zaczęto traktować mnie normalnie. To był przypadek, dostałam propozycję zrobienia jednego remiksu kompozycji Komedy, moi rodzice znali się z Komedą, znali też Zofię Komedową, żonę Krzysztofa. Postanowiłam brnąć w to, do Zosi Komedowej mówiłam „ciociu” i dostałam pakiet płyt z muzyką filmową, do której napisałam teksty. Komeda może nie napisał wielu piosenek, ale był specjalistą od przepięknych melodii. Uwielbiam korzenie, bez korzeni byśmy byli nikim. Mam nadzieję, że Komeda nie miałby nic przeciw mojej wizji jego kompozycji. To było dla mnie spotkanie z wielkim nauczycielem.

„Zwierzenia przy muzyce” Marii Sadowskiej na antenie Polskiego Radia PiK w środę o godz. 18.10.

Czytaj treści premium w Expressie Bydgoskim Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Komentarze (1)

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Autor komentarza nie dodał zdjęcia

jacek (gość)

Zgłoś naruszenie treści

To pudło słuchac się nie da co za wiocha

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Wideo