Zazdroszczę dzieciakom

Tomasz SkoryZaktualizowano 
Monika Ciaiolo
[Rozmowa z Katarzyną Dzimitko] Każdego dnia, gdy wchodzę do sali, staję się aktorką. Bo nieważne, czy mnie coś boli, miałam nieudany poranek, czy się nie wyspałam, muszę wydobyć z siebie wszystko, co najlepsze i oddać to dzieciom.

W swojej notce autobiograficznej piszesz, że zawsze chciałaś zostać gwiazdą rocka, aktorką albo lekarzem. Jak to się stało, że jesteś nauczycielką?
W ostatniej klasie liceum uświadomiłam sobie, że jest zawód, który umożliwi mi jednocześnie bycie na scenie, granie i leczenie. Ten zawód to nauczyciel. Każdego dnia, gdy wchodzę do sali, staję się aktorką. Bo nieważne, czy mnie coś boli, miałam nieudany poranek, czy się nie wyspałam, muszę wydobyć z siebie wszystko, co najlepsze i oddać to dzieciom. Gwiazdą rocka przez krótki czas nawet byłam w liceum, jeśli można to tak ująć. Śpiewać nadal lubię, choć już przyzwyczajam się, że teraz jako nauczycielka częściej juroruję niż występuję. Troszkę zazdroszczę dzieciakom, które przygotowuję np. do konkursów recytatorskich, ale zawsze jestem z nich bardzo dumna. Lekarzem też często jestem. Leczę braki w wiedzy i nie raz miałam okazję przekonać się, jaki wpływ na humor dzieciaków mają „przeciwbólowe” cukierki. Jako nauczycielka mogę się również opiekuńczo wykazać, a był to powód, dla którego myślałam o medycynie. Dopiero w czwartej klasie liceum podjęłam decyzję, że nie zostanę lekarzem. Zastanawiałam się, co najbardziej lubię w życiu robić i doszłam do wniosku, że chodzić do szkoły. Myślałam, w czym jestem najlepsza i wyszło, że w nauce angielskiego. Chodziło mi też po głowie, by pójść na astronomię… (śmiech).

Naprawdę?
Swego czasu bardzo chciałam zostać astronautką, natomiast dobrze wiem, że fizycznie nie przeszłabym testów. Pomyślałam więc, że może chociaż ta astronomia? Mama skutecznie wybiła mi ten pomysł z głowy. Długo nie mogłam jej tego wybaczyć, bo nawet dostałam się na studia, ale nie wiem, czy bym przetrwała na tym kierunku. Z matmą było u mnie bardzo różnie. Wybór języka angielskiego to była najmądrzejsza decyzja. I dzięki niej dziś robię to, co lubię.

Jak to się stało, że założyłaś swoją szkołę?
Wszystko zaczęło się od tego, że musiałam rozstać się z ostatnią szkołą, w której pracowałam. Przez wiele lat nauczałam u konkurencji i pewnego dnia centrala zarządziła cięcia. Padło na mnie. To był straszny cios, przepłakałam całą noc, ale już trzy dni później pojechałam na rozmowę do koleżanki, która też pracowała kiedyś w tej sieciówce i dziś prowadzi swoją własną szkołę. Jak z nią pogadałam, to pomyślałam, że w sumie ja też tak mogę. Bo czemu miałabym nie dać sobie rady? Gdy wróciłam do domu, powiedziałam do męża: „A może tak założę swoją szkołę językową?”. On na to tylko: „To załóż”. Tak więc zrobiłam. Szkoda, że to był czerwiec, bo do szkół zapisy robi się na przełomie kwietnia i maja, ale udało mi się pociągnąć za sobą dwie dusze, które wcześniej uczyłam. Zaczynałam z jedną dwuosobową grupą. Moja mama mówiła: „To się nie uda, lepiej to zamknij”, ale ja nie mogłam im tego zrobić. Dla tych dwóch uczniów postanowiłam, że się nie poddam i dobrze zrobiłam, bo uczniów zaczęło przybywać i dalej przybywa. W tej chwili mam dwie grupy, uczniów indywidualnych i jeszcze kilka klubów zainteresowań.

Dlaczego zdecydowałaś się na szkołę tylko dla dzieci?
Uczyłam w podstawówce, dwóch gimnazjach, liceum, zawodówce i technikum. Przerobiłam też szkołę policealną i teraz wykładam jeszcze na Kolegium Jagiellońskim. W szkołach językowych też przeszłam przez wszystkie poziomy, miałam więc okazję poznać cały rozrzut. Okazało się, że najlepsza jestem przy dzieciach. Z dorosłymi nie czuję się tak komfortowo. Nie chodzi o to, że nie lubię ich uczyć. Po prostu nie mamy takiego kontaktu. Z dorosłymi często jest tak, że na lekcji błądzą gdzieś myślami na zasadzie: „Zrobić dziś rosół czy pomidorową?”. I mam wrażenie, że często patrzą na mnie z góry, choć może to akurat kwestia mojego wzrostu (śmiech). Z dziećmi jest zupełnie inaczej. Są takie wdzięczne i się przywiązują. Kiedyś kolega wszedł do mnie na zajęcia się pożegnać i jak zabrał dla żartów dziennik, to osiem brzdąców z drugiej klasy się na niego rzuciło, by mu go odebrać i wyprosić, bym mogła kontynuować lekcję (śmiech).

W jakim wieku najlepiej jest rozpocząć naukę języka obcego? Jedni są zdania, że jak najszybciej, inni mówią: niech się dziecko nauczy wpierw poprawnie posługiwać ojczystym, a dopiero potem poznaje inne…
Rozpocząć naukę można w każdym wieku, rezultat zależy wyłącznie od chęci. Jeśli jest jednak taka możliwość - na przykład w małżeństwach mieszanych - warto uczyć dziecko obu języków naraz. Znam parę - Kanadyjczyka i Białorusinkę mieszkających w Polsce, których czteroletni brzdąc mówi w trzech językach. Wprawdzie we wszystkich jednocześnie, ale to się z czasem uporządkuje. Jak ktoś woli, by dziecko uczyło się sekwencyjnie, czyli najpierw jeden język, a potem drugi, to dobrze rozpocząć kurs mniej więcej w wieku trzech lat, troszeczkę szybciej niż zajęcia w szkole. Dzięki temu maluch przy okazji przyzwyczaja się do tego, że chodzi na zajęcia dodatkowe. Ja tak zaczynałam i dziś nie ma dla mnie żadnej różnicy, czy rozmawiam po polsku czy po angielsku.

Mam wrażenie, że szkoły publiczne w głównej mierze przygotowują do egzaminów, ale nie uczą, jak posługiwać się angielskim na co dzień…
Nauka języka w szkole nie ma sensu. Kropka. Jest bardzo niewielu uczniów - i są to przede wszystkim uczniowie, których rodzice nie mają pieniędzy na jakikolwiek kurs - którzy po prostu muszą sobie radzić sami i zależy im na tym. Takie osoby, jeśli ciężko pracują i są zdolne, mogą się nauczyć języka w szkole. Ale przeciętny uczeń nie ma jak tego zrobić. Grupy są za duże, podręczniki są niedostosowane, a system nie pozwala nauczycielom wyjść poza utarty schemat. W szkołach państwowych rozwleka się gramatykę. W podstawówce poznajemy Present Simple i Present Continuous. W gimnazjum powtarzamy Present Simple i Present Continuous. W liceum znowu zaczynamy od Present Simple i Present Continuous! Te dzieci mają już za sobą dziesięć lat angielskiego i po raz kolejny powtarzają wszystko od zera. Kiedyś na zajęciach indywidualnych dziewczyna zapytała mnie, jak w godzinę udało mi się jej wytłumaczyć coś, czego nie mogła zrozumieć przez kilka lat nauki. W szkołach grupy są za duże i nawet najlepsi nauczyciele, choćby bardzo się starali, nie mają czasu i biorą lekcje z podręcznika, bo tak jest najłatwiej i najszybciej. A w takiej sytuacji zawsze znajdzie się ktoś słabszy, kto na tym ucierpi.

Próbowałaś z tym walczyć?
We wszystkim moich poprzednich pracach pojawiał się zarzut: „A dlaczego pani nie przerabia podręcznika?”. Zamiast podręcznika chciałam robić coś fajniejszego na ten sam temat, co dawałoby uczniom więcej. Ludzie często się też czepiali, że jak przychodziłam do jakiejś szkoły, to leciały w dół oceny z angola i osoby, które dotychczas miały piątki, nagle dostawały czwórki czy trójki z plusem. Czasem stawałam przeciw radzie pedagogicznej czy dyrektorowi, tłumacząc, że w tym samym czasie te osoby, które miały do tej pory dwóje, też zaczynały dostawać trójki i czwórki. I choć dzieci na początku zawsze twierdzą, że jestem bardzo surowa, to z biegiem czasu, jak znikam, mówią: „Niech pani do nas wróci! My wtedy narzekaliśmy, ale chociaż coś umieliśmy!”.

Teraz mają szansę przekonać się o tym dzieciaki z Twojej szkoły. Stosujesz oryginalną metodę nauki poprzez zabawę…
Czasem wolę na lekcji zrobić coś na zasadzie gier i zabaw, niż siedzieć tylko w książce, ale to nie jest też do końca tak, że my się tylko bawimy. Zdarza się, że mamy całą lekcję z podręcznikiem, a nawet zostajemy dłużej po lekcji, bo dzieci mają dużo pytań. Właśnie o to chodzi, że w mojej szkole nie ma nic sztywnego. Najważniejsze jest to, by dzieci zrozumiały temat. W małych grupach jest czas, by z każdym porozmawiać, a jak ktoś nawet nie chce na lekcji, to może przyjść i zapytać indywidualnie. W szkołach publicznych często uczeń boi się lub wstydzi nauczyciela. Moi uczniowie wiedzą, że mogą przyjść do mnie w każdej chwili. Normalne jest, że pojawiają się już na pół godziny przed umówionymi zajęciami - jak nie po to, by o coś zapytać, to chociaż by się pobawić. Mamy salę multimedialno-artystyczną, między innymi po to, by ktoś, kto nie wie co ze sobą zrobić - np. między szkołą i angielskim - mógł przyjść szybciej. Niech pogra, pobawi się, pogada z nami o czymkolwiek. A nuż przy okazji się czegoś nauczy. W publicznej szkole bardzo bolało mnie to, że naprawdę chciałam całą siebie oddać dzieciakom, być dla nich, pomagać im. Nie miałam jednak takiej możliwości. Dlatego chcę, by to, co teraz robię, różniło się od innych szkół. U mnie na lekcji można na przykład jeść. To jest coś, czego nigdy nie mogłam zrozumieć w pozostałych szkołach. W czym to przeszkadza? Lepiej w końcu zjeść i myśleć o angielskim, niż nie zjeść i myśleć o jedzeniu. To czego nie robi się też w innych szkołach, to np. oglądanie bajek. Wszyscy uważają, że dzieci nie powinni oglądać telewizji, jednak jak nie będą tego robić, nie będą miały styczności z językiem. Nie złapią wymowy.

Skoro już mowa o telewizji… Nie ograniczasz się tylko do zajęć, ale prowadzisz też klub filmowy. Jak on działa?
Film Club to propozycja dla naszych uczniów, ale osoby spoza szkoły też mogą się do niego zapisywać. Jego idea zrodziła mi się w głowie parę lat temu, gdy napisałam swój autorski program „Jak zrobić film?”. Dzieci uczą się podstaw operowania kamerą, aktorstwa, makijażu i kostiumów. W tym roku po raz pierwszy będą też edytować filmy. Wszystkiego oczywiście uczymy się w języku angielskim, w ramach wakacyjnych obozów, które oficjalnie skierowane są do osób od 11 roku życia, ale ośmiolatki też powinny dać sobie radę. Nawet dzieci, które do tej pory nie miały w ogóle styczności z angielskim, a rodzice zapisali je na nasz obóz, wracały znając mnóstwo słów. Podczas kręcenia filmu, ale także przy wszystkich pozostałych czynnościach, rozmawiamy tylko po angielsku. I dzięki temu bezwiednie dzieci przyjmują taką ilość informacji, że to kiełkuje. Gdy po całym roku takiej nauki i zabawy dzieci pojadą na obóz, to się nagle okazuje, że potrafią zastosować w praktyce wszystko, czego się nauczyły. A nas - wychowawców - rozpiera wtedy duma.

Sporo podróżujesz, nie tylko w ramach obozów filmowych. Masz jakieś spostrzeżenia dotyczące języka angielskiego na świecie?
W niektórych regionach Wielkiej Brytanii, poza Londynem, można się zastanawiać, czy to, co słyszymy, to nadal angielski. Tak samo w Stanach Zjednoczonych. Jest różnica między tym, jak mówi się w Nowym Jorku, a np. w Północnej czy Południowej Karolinie. Nowojorski angielski to jest ten, który znamy z większości filmów, a na południu robi się „Przeminęło z wiatrem”. Taki typowy „redneck” zaciąga angielski tak, jak u nas się „śledzikuje” w Białymstoku. Gdy byłam na południu Stanów, to specjalnie przez dwadzieścia minut kupowałam jeansy, zadając kolejne pytania tylko po to, by posłuchać sprzedawczyni. Nie mogłam się jej nasłuchać, taki to niesamowity akcent. A potem, na samym południu, jest nagle Floryda i Miami, gdzie mówi się tak samo jak w Nowym Jorku. To jest fascynujące!

A coś Cię zaskoczyło językowo w Stanach?
Na pewno nauczyłam się wymowy słowa „fuchsia” (ang. fuksja). Biorąc pod uwagę pisownię wydawałoby się, że początek czyta się jak brzydkie słowo na „F”, a w tym przypadku się je zmiękcza. Na szczęście zamiast palnąć głupotę zapytałam: „A ten odcień jak się nazywa?”. Poza tym, czasami był problem ze zrozumieniem się tylko dlatego, że byliśmy wychowani w różnych miejscach. Język, którego używamy, jest taki sam, ale bariera kulturowa robi swoje. Amerykanie są inaczej wychowani. U nich normalne jest, że ktoś ma 15 różnych prac w ciągu życia, a na jedzenie w tygodniu wyda minimum sto dolarów. U nas jedno i drugie jest nie do pomyślenia. Ale to dobrze, gdy są różnice, bo świat jest wtedy ciekawszy.

Katarzyna Dzimitko

właścicielka Szkoły Językowej KIDS (Kate’s Institute of Discovery and Speech), wychowawca, pilot i lektor języka angielskiego na obozach kolonijnych, współautorka kilkudziesięciu filmów krótkometrażowych, zrealizowanych w ramach klubów i obozów filmowych.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3