Sąd Rejonowy w Bydgoszczy zdecydował o karze roku więzienia dla Izabeli Ch.-G. oraz ośmiu miesiącach dla Romana G. Oboje mają też pięcioletni zakaz prowadzenia hodowli zwierząt, ale tylko na własne osobiste potrzeby. Mają też zapłacić po 20 tys. zł nawiązki na organizacje zajmujące się opieką nad zwierzętami.
W takich warunkach "hodowali" psy w Dobrczu:
Prokuratura chciała trzech lat więzienia
Wcześniej właściciele hodowli dla zwierząt w Dobrczu usłyszeli 28 zarzutów. Prokuratura domagała się trzech lat pozbawienia wolności oraz 100 tys. zł nawiązki dla organizacji opiekującej się zwierzętami, ale obrońcy zarzucali błędy proceduralne na etapie śledztwa i chcieli uniewinnienia.
Warunki do życia były fatalne
Hodowlę psów na prywatnej posesji w Dobrczu odkryto trzy lata temu. Zwierzęta żyły tam w fatalnych warunkach. W domku jednorodzinnym i na posesji było ich tam niemal 200. Hodowlę zlikwidowano na początku lutego 2017 roku. W akcji uczestniczyli wówczas m.in. przedstawiciele Pogotowia dla Zwierząt. – To była największa likwidacja hodowli psów rasowych w Polsce – twierdzili.
- Jesteśmy częściowo zadowoleni z wyroku - mówił po jego ogłoszeniu mecenas Szymon Domek. - Ważne, że sąd zwrócił uwagę, iż 27 zarzutów dotyczących rzekomych oszustw przy sprzedaży niby chorych zwierząt w ocenie sądu nie znalazło potwierdzenia.
Będą odwołania?
Kary więzienia dla obojga oskarżonych są bezwzględne, ale sąd zaliczył na ich poczet także 7-miesięczny pobyt w areszcie w 2017 roku.
Wyrok w sprawie hodowli zwierząt w Dobrczu nie jest prawomocny, obrońcy oskarżonych prawdopodobnie będą się od niego odwoływać. Również prokuratura zapowiada apelację od wyroku w sprawie.
Biegłych nie powołano na czas
Trzy lata temu w Dobrczu na prywatnej posesji odkryto hodowlę psów - głównie buldożków francuskich. Zwierzęta żyły w beznadziejnych warunkach higieniczno-sanitarnych. Klatki nie były czyszczone, wszędzie panował potworny fetor. Dokonywano tam też aborcji. - To nie była hodowla, a masowa wylęgarnia psów i kotów - uważają zeznający przed sądem świadkowie. Zwierzęta hodowano - zdaniem prokuratury - dla zysku.
Podczas mów stron, prokurator Tomasz Brunke z Prokuratury Rejonowej Bydgoszcz-Północ zażądał dla Izabelli Ch.-G. kary trzech lat pozbawienia wolności, a dla Romana G. dwóch i pół roku za kratkami. – Oskarżeni dopuścili się niehumanitarnego traktowania zwierząt, przez co narazili je na cierpienia fizyczne, psychiczne, tworzyli bezpośrednie zagrożenia dla zdrowia i życia – argumentował.
Dodatkowo, wobec obu śledczy zażądał tego, aby przez dziesięć lat mieli zakaz prowadzenia działalności gospodarczej związanej z hodowlą zwierząt i posiadania jakichkolwiek zwierząt. Mają również zapłacić 100 tysięcy złotych nawiązki na rzecz organizacji, które zajmują się opieką nad zwierzętami. Do tego samego wymiaru kary przychylili się również przedstawiciele oskarżycieli posiłkowych.
Adwokaci oskarżonych - mec. Szymon Domek i mec. Krzysztof Olkiewicz - jak można się było spodziewać kompletnie nie zgadzali się ze stanowiskiem prokuratury. Jednym z głównych argumentów są błędy proceduralne, które miano popełnić podczas postępowania przygotowawczego.
- To wówczas już należało powołać biegłych, żeby zbadali ocalałe z hodowli zwierzęta, a nie teraz - mówił mec. Szymon Domek. - Psy gdzieś zabrano, nawet teraz nie wiadomo, gdzie się znajdują. Biegli zwracali na to uwagę w opiniach.
Mec. Domek podkreślał, że hodowla w Dobrczu w żaden sposób nie może być nazywana "pseudohodowlą". - To była hodowla działająca całkowicie legalnie, tak jak nakazuje to polskie prawo, więc o jego łamaniu nie może być mowy - stwierdził.
[bNie ma mowy o zabijaniu[/b]
W uzasadnieniu wyroku sędzia Joanna Jacewicz podkreśliła: - Nie ma mowy o zabijaniu lub uśmiercaniu zwierząt. Podstawa wyroku jest jedynie to, co zostało ujawnione. Trzeba się zgodzić ze stanowiskiem obrony i porównać wnioski oskarżenia z karami za znęcanie się nad ludźmi.
Sędzia zwróciła też uwagę, że oboje oskarżeni nie są przestępcami i wcześniej nie byli karani. Oceniła, że kupujący zwierzęta z hodowli w Dobrczu nie zostali oszukani - doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ceny zwierząt były o połowę niższe niż rynkowe.
Sędzia Jacewicz nie zdecydowała także o tym - jak to chciała prokuratura - żeby oskarżonym zakazać posiadania zwierząt na własny użytek.
