VIP W PODRÓŻY - W cieniu stu wulkanów

Bolesław Otręba*
nadesłane
O ciągłej aktywności wulkanicznej turyści łatwo mogą się przekonać. Zaledwie kilka centymetrów pod powierzchnią ziemi panuje tak wysoka temperatura, że z trudem można utrzymać w dłoniach wydobyte stamtąd drobne kamyki.

Costa Teguise - dawna osada rybacka na wschodnim wybrzeżu Lanzarote, ledwie kilka kilometrów od stolicy wyspy Arrecife (co oznacza rafę koralową) - to jedno z kilku turystycznych miasteczek, z dobrymi hotelami, ładnymi i przyjaznymi plażami (znacznie lepszymi od tych na zachodnim wybrzeżu Teneryfy). Spokojne o tej porze roku, trochę nawet senne, miasteczko z licznymi restauracjami, kawiarniami i pubami, jak wszystkie na wyspie aglomeracje zdominowane bielą domów - tych dużych i tych mniejszych (jedyny wieżowiec ma 17 pięter). Bo trzeba wspomnieć, iż lokalna władza zaleca malowanie budynków na ten kolor. Jedynie w Arrecife odstąpiono od tej zasady w nielicznych, co prawda, przypadkach i zgodzono się wyłącznie na pastele.

Wino... dla turystów

Być na Lanzarote i nie zwiedzić Parku Narodowego Timanfaya lub nie natknąć się na jedno z licznych dzieł Cesara Manrique - oznacza, iż nie wychodziło się poza obręb hotelu. Timanfaya to zastygły znak osiemnastowiecznych erupcji wszechobecnych wulkanów (doliczono się ich tutaj stu, a ponadto powyżej 300 wierzchołków wulkanicznych). Po ponad dwustu latach, jakie minęły od gwałtownych erupcji, na powierzchniach tych pojawiły się zaledwie mchy i porosty. Wprawdzie w nieodległej Bodega La Geria rośnie nawet winorośl - krzaczki ułożone na powierzchni ziemi, a ściślej grubej warstwie wulkanicznego piasku, ale korzeniami sięgające rodzimego gruntu - osłonięta niewysokim murkiem przed ciągle wiejącymi wiatrami. Produkowane w tej bodedze wino nie należy do najsubtelniejszych. Powstaje ono pewnie bardziej z myślą o turystach niż o mieszkańcach. Winorośl to jedyna nieozdobna roślinność na Lanzarote. Warzywa i owoce dowozi się na wyspę albo z sąsiednich wysp, albo z kontynentu.

Grillowanie na wulkanie

Wróćmy zatem do parku Timanfaya… Na jednym ze wzgórz, na którym ma początek trasa prowadząca przez park narodowy, na otwartej przestrzeni pozwala się turystom doświadczyć drzemiącej tuż pod powierzchnią ziemi niewyobrażalnej energii, co dowodzić ma ciągłej (choć przecież uśpionej) aktywności wulkanicznej. Najpierw zwiedzający mogą przekonać się, iż zaledwie kilka centymetrów pod powierzchnią ziemi panuje wysoka temperatura, bowiem z trudem utrzymują w dłoniach wydobyte stamtąd drobne kamyki. W chwilę później obserwujemy, jak wrzucona do niespełna dwumetrowego dołu wysuszona roślina zaczyna płonąć. Najbardziej efektowny jest pokaz z użyciem rury, której przeciwległy koniec zanurzył się na głębokość 10 metrów pod powierzchnią. Wlane do niej wiadro wody powraca błyskawicznie w postaci eksplodującego tuż nad ziemią gejzera. Z drugiej strony restauracji jest coś na kształt ocembrowanej studni z rusztem na samej górze. Można na nim grillować, albowiem wydobywające się z głębi powietrze ma temperaturę sięgającą 300 stopni.

Miejscowy Gaudi

Cesar Manrique jest dla Lanzarote niczym Gaudi dla Barcelony. Mimo iż od jego tragicznej śmierci minęło ponad 20 lat, obecność artysty odczuwalna jest na każdym kroku. Fundacja jego imienia czyni wiele dla realizacji krzewionych przezeń idei, choć po prawdzie, starcia z finansowymi kolosami, jakimi są światowe sieci hotelarskie, niekoniecznie muszą kończyć się zwycięstwem. Manrique - malarz, rzeźbiarz, architekt i ekolog w jednej osobie odcisnął wyraźne piętno na obecnym wyglądzie wyspy. Akcentował potrzebę zachowania tradycyjnego budownictwa i koncentrowania turystyki wyłącznie w określonych miejscach. Sam zamieszkał w domu usytuowanym w korycie wyschniętego potoku Taro de Tahiche, a parter budynku umieścił w naturalnych otworach, powstałych po erupcji wulkanu.

Wieczna wiosna

Na Lanzarote - jak i na innych siostrzanych wyspach - listopad nie oznacza wcale gwałtownego spadku temperatur. W tej szerokości geograficznej istnieją w zasadzie dwie pory roku: lato i zima, różniące się tak naprawdę zaledwie kilkoma stopniami. W rzeczywistości jest to wieczna wiosna, z ciągle zieloną nieliczną roślinnością (głównie sukulenty), pieczołowicie pielęgnowaną przez właścicieli gruntów, podlewaną drogą tutaj wodą bądź wodą z odzysku (niestety o dość specyficznym zapachu).

Łowienie ryb w oceanie - do tego na wędkę - to dla amatora wędkowania nie lada okazja. Z radością przyjąłem propozycję Antoniego, byśmy w przedostatni dzień ich pobytu na wyspie skorzystali ze sposobności i wypłynęli na wielką wodę. Pogoda sprzyjała. Delikatny wiaterek był też naszym sprzymierzeńcem. Po niemal dwóch godzinach podróży zakotwiczyliśmy w połowie drogi promów, kursujących między Lanzarote a Fuerteventurą. W tym miejscu głębokość Atlantyku przekracza trzydzieści metrów. Krótka instrukcja, jak łowić z dna (oczywiście dla tych, którzy po raz pierwszy…) i z nadzieją na wielką rybę uruchamialiśmy sprzęt, wyposażony w duże kołowrotki, z żyłką zakończoną dwoma haczykami z przynętami i solidnym ciężarkiem. Przynętą były kalmary i sardynki. Nadzieje pryskały jak bańki mydlane, szczęśliwców było niewielu, ale wśród nich znalazł się - ku wspólnej radości - Antoni. Piękny tuńczyk, ważący na oko ze 2 kilogramy, dostarczył sporych emocji. Okazało się, że to największa tego dnia złowiona ryba. Mnie przypadła w udziale rybka znacznie mniejsza, ale równie egzotyczna jak tuńczyk. Jej nazwy, niestety, nie znam.

Gorące popołudnia

Jednak bywały dni, że pogoda nie rozpieszczała. Słońce kryło się za gęstymi chmurami, ale kiedy wiatr je rozgonił, opalanie nad Atlantykiem stawało się przyjemnością. Na Lanzarote jest inaczej niż na Teneryfie, gdzie w Puerto Santiago ranki były rześkie (14-16 stopni), a popołudnia wręcz gorące. Natomiast w Costa Teguise noce były znacznie cieplejsze (nawet 20 stopni), zaś w ciągu dnia temperatura wzrastała do 25-27 stopni. Czasami, kiedy chmur na niebie brakowało, dochodziła nawet do 32 stopni. Świadomość, że w tym czasie nad naszym Bałtykiem, w odległości czterech tysięcy kilometrów, temperatura spadała nocą poniżej zera, sprawiała, że chciało się wykorzystać promienie słońca, by po powrocie - z naładowanymi już akumulatorami - przeżyć długą, ciemną i zazwyczaj mroźną zimę.

Warto było przyjechać, bo jak mówią stali bywalcy, Lanzarote trzeba zobaczyć. I tyle. Wracać ponoć należy na Gran Canarię...

*BOLESŁAW OTRĘBA

w latach 70. był dziennikarzem „Nowości”, rzecznikiem prasowym UMK, przez 25 lat kierował aulą UMK, uwielbia podróże, odwiedził wiele krajów, w listopadzie ubiegłego roku przebywał na Lanzarote.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie