Skarby są po to, by ich szukać

Skarby są po to, by ich szukać

Jacek Kiełpiński

Express Bydgoski

Aktualizacja:

Express Bydgoski

Skarby są po to, by ich szukać
Ocenia się, że w Polsce jest ich około 40 tysięcy. Zaczynają od prostych wykrywaczy metali, potem używają magnetometrów i georadarów, wielu nurkuje, inni koncentrują się na przekopywaniu ton dokumentów. Ci najbardziej doświadczeni przechodzą do legendy.
Skarby są po to, by ich szukać

Ocenia się, że w Polsce jest ich około 40 tysięcy. Zaczynają od prostych wykrywaczy metali, potem używają magnetometrów i georadarów, wielu nurkuje, inni koncentrują się na przekopywaniu ton dokumentów. Ci najbardziej doświadczeni przechodzą do legendy.


Krosno 2008
z wykrywaczami metalu. Czy dzięki pasji poszukiwawczej zakochają się

w historii? / Fot. Joanna Lamparska">MRU, „Ostróg” w Srebrnej Górze, podziemia Pasłęka, Piechowice i góra Sobiesz, kompleks „Riese”, podziemna fabryka w Ludwikowicach, Biały Jar, „Szczelina”... Dla nich to hasła wywołujące setki żywych wspomnień. Znają te miejsca doskonale, bywali tu wielokrotnie, długie wieczory przegadali na ich temat, znają tysiące szczegółów pochodzących z dokumentów i jeszcze więcej koncepcji, do których doszli sami. W świecie zagadek historii czują się jak ryby w wodzie.


Zlot eksploratorów


Wycieczka po lesie. Przodem idzie Michał Łosiak. Zasłynął w świecie poszukiwaczy skarbów głośnymi badaniami chociażby podziemi Pasłęka, w których, zdaniem wielu, ma być ukryta Bursztynowa Komnata. Za nim Jerzy Janczukowicz, szef klubu „Rekin”, znany z dziesiątków akcji poszukiwawczych na morzu i jeziorach, podczas których wydobywano samoloty i wozy pancerne. Obok niego Zygmunt Adamski, kolega po fachu, który ostatnio brał udział w głośnej akcji wydobycia unikalnego w obecnych czasach na skalę światową działa szturmowego StuG IV i znawca Międzyrzeckiego Rejonu Umocnionego. Kilka kroków z tyłu Lech Zwirełło, który badał zarówno słynną górę Sobiesz w Piechowicach, gdzie ukryty ma być legendarny „Złoty Pociąg”, jak i podziemia Pasłęka, znawca skarbów carskich i posiadacz największego w kraju, ważącego blisko 11 ton, archiwum związanego ze skarbami. Dwa kroki dalej Ryszard Wójcik, dziennikarz dokumentalista, autor wielu książek i programów telewizyjnych, który najbliżej otarł się o legendarną „Szczelinę”, gdzie mają być ukryte dzieła sztuki i zrabowane przez Niemców złoto. Obok niego Włodzimierz Antkowiak, według wszystkich pozostałych, prawdziwy guru poszukiwań skarbów w Polsce, człowiek, od którego wszystko się zaczęło. To on napisał w 1991 roku pierwszą - do dziś uznawaną za niezwykle cenną i konkretną - książkę na ten temat.


To tylko początek grupy. Korowód jest dłuższy. Co robią w leśnych chaszczach na skraju jeziora Tyrkło, niedaleko Okartowa na Mazurach? Przecież nie szukają grzybów.


- Te forty pochodzące z I wojny światowej wysadzano w latach 50. Tam macie podziemną łącznicę telefoniczną, kable lecą tędy i w tamtą stronę. Mamy przebadany tu każdy metr ziemi - mówi Michał Łosiak, którego dom w pobliskim Okartowie to prawdziwa mekka polskich eksploratorów. Zaproszeni przez niego miłośnicy historii w jej bodaj najciekawszym wydaniu, wykorzystują każdą okazję, by pogłębić swą wiedzę. Wszyscy słuchają z uwagą wywodów Jerzego Okońskiego, gospodarza toruńskiego Fortu IV, który dzięki ogromnemu remontowi tego obiektu i pracom związanym z przywróceniem go do pełnej użyteczności - co jest ewenementem na skalę światową - uzyskał praktyczną wiedzę o każdym szczególe konstrukcji budowli tego typu. A, nie da się ukryć, pojęcie skarbów w Polsce łączy się głównie z niemieckimi i pruskimi, często monumentalnymi, budowlami militarnymi.


Każda z idących lasem osób penetrowała podziemne korytarze MRU i sztolnie wykuwane w skałach Gór Sowich, ale wszystkich interesują także niepozorne na oko betonowe kręgi zakopane w ziemi. To tzw. „garnki Kocha”, czyli stanowiska karabinów maszynowych, których przed wojną rozmieszczono w tym rejonie tysiące.


Największe zagadki


Trzydniowe spotkanie najpoważniejszych polskich ekip eksploracyjnych. Oczywiście, wszyscy - imiennie zapraszani - na Mazury nie zdołali dojechać. Ale ci, którzy są, to w pełni reprezentatywna grupę. Praktycznie każdy „skarbowy” temat przewija się w rozmowach.


Ryszarda Wójcika, znanego przed laty z telewizyjnego programu „Zapisane w kadrze”, autora wielu książek o skarbach, jest okazja wypytać o „Szczelinę”, tajemniczą skrytkę z okolic Jeleniej Góry.


- Poznałem ludzi, którzy, moim zdaniem, autentycznie znali to miejsce i wiedzieli, co tam jest ukryte. Miałem przygotować się do nagrania materiału filmowego z wnętrza schowka. Kamera wraz z oświetleniem miała zjechać na dół na długiej linie - wspomina. - Materiał i moja relacja miały być ich kartą przetargową w rozmowach z rządem, chcieli dzięki temu podpisać umowę gwarantującą im pokaźne znaleźne. W ostatniej chwili, z niewiadomych mi powodów, wycofali się. Ostatecznie więc „Szczeliny” nie poznałem. No, naprawdę... Gdybym brał w tej akcji udział... siedziałbym teraz na Karaibach. Żartuję, oczywiście.


Choć wszyscy odpowiadają na każde pytanie, to jednak o absolutnej otwartości nie ma mowy. Przecież zespoły często rywalizują ze sobą. Największe odkrycia i ustalenia pozostają ich tajemnicą.


Z Zygmuntem Adamskim o MRU, czyli słynnym kompleksie niemieckich umocnień, tzw. pancewerków połączonych dziesiątkami kilometrów podziemnych korytarzy, można rozmawiać godzinami. Od ręki, z pamięci, rysuje układ znanych połączeń. Zaznacza też przypuszczalne wejścia, do tych, które czekają dopiero na odkrycie. - To moje najpoważniejsze zadanie - podkreśla. - Mam swoją teorię na temat ukrycia skarbów wywiezionych z Królewca, w tym Bursztynowej Komnaty. Ten transport dotarł właśnie tam. W tej chwili, wraz z naszym prawnikiem, Piotrem Lewandowskim, czynimy starania o wszelkie możliwe pozwolenia. A te podziemne badania na ogromną skalę wymagają wielu pozwoleń i ustaleń.


Zdaniem wszystkich uczestników, bałagan prawny wokół poszukiwań ciągle narasta. Przepisy są coraz bardziej restrykcyjne i skutecznie blokują legalną eksplorację. A dzięki temu łatwiejsze zadanie mają szabrownicy, ci, których historia nie interesuje - złomiarze.


- My czekamy na blokujące się często krzyżowo pozwolenia, a w tym czasie złomiarze rozkradają wozy pancerne i wraki samolotów - mówi Jerzy Janczukowicz.


Wszyscy zgodnie przyznają, że majstersztykiem było uzyskanie pełnego pakietu pozwoleń na wydobycie w ub.r. niemieckiego działa szturmowego StuG IV, zatopionego w mule pod dnem małej rzeczki Rgilewki i wciągnięcie do tej akcji wielu instytucji, firm i osób prywatnych. Dzięki temu wojsko może teraz remontować działo, które w momencie zatonięcia było praktycznie nowe - okazało się, że ma zaledwie 211 km na liczniku!


Czego naprawdę warto szukać w Polsce? Zdania eksploratorów są podzielone. Niektórzy nie odrzucają jeszcze w pełni informacji przekazywanych przez Władysława Podsibirskiego, który od lat, podpisując umowę z rządem RP, a potem skarżąc się publicznie na bezprawne działania służb, przeszukuje górę Sobiesz w Piechowicach. Większość jest jednak zdania, że „Złoty Pociąg” w tym miejscu to mit. Nadal popularnym kierunkiem jest Srebrna Góra, gdzie m.in. w podziemiach fortu „Ostróg” ma być ukryte pełne wyposażenie kompanii wojska. Zaś zdaniem Włodzimierza Antkowiaka, najcenniejszym odkryciem byłoby ujawnienie archiwum 17. Armii Polowej, które zawierać ma protokoły z akcji ukrywania wszystkich skarbów wywożonych przez hitlerowców pod koniec wojny.


- Nadal na Dolnym Śląsku znajdowane są małe, prywatne skrytki i nic nie wskazuje na to, by takich znalezisk miało w przyszłości zabraknąć - podkreśla Joanna Lamparska, dziennikarka, autorka książek na temat poszukiwań. - Przez nasz dom we Wrocławiu przewija się wielu eksploratorów, którzy docierają do takich miejsc. Miałam w rękach sporo cennych rzeczy, nawet słynny element korony ze skarbu znalezionego w Środzie Śląskiej. To cacko warte było grubo ponad milion złotych. A więc skarby są, nie ma wątpliwości.


Dla niektórych poszukiwaczy istotą tej pasji jest wnikliwe poznawanie dokumentów. Lech Zwirełło, profesjonalny archiwista, zakupił jakiś czas temu blisko 1,7 miliona zdygitalizowanych dokumentów z amerykańskich archiwów. Wśród nich wiele dotyczących tematów, którymi interesują się poszukiwacze.


Poszukiwacze, a nie znalazcy


Inni, jak gospodarz tego spotkania, Michał Łosiak, nie kryją, że poszukiwanie skarbów traktują dziś o wiele lżej niż przed laty. - Jest to fantastyczna odskocznia od świata biznesu, w którym żyję na co dzień. Sama pasja zainteresowania historią jednak się nie zmienia. Dzięki skarbom, różnie pojętym, dziejami zainteresować się mogą młodzi ludzie. To jest cenne, niezależnie czy skarby znajdujemy, czy też nie.


To pasja jest najważniejsza, podkreślają wszyscy poszukiwacze i wspominają ze śmiechem słowa Włodzimierza Antkowiaka, który zapytany w programie telewizyjnym: Co znalazł?, odparował: - Ja jestem poszukiwaczem, a nie znalazcą.

Czytaj treści premium w Expressie Bydgoskim Plus

Nielimitowany dostęp do wszystkich treści, bez inwazyjnych reklam.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Dodajesz komentarz jako: Gość

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum

Liczba znaków do wpisania:

zaloguj się

Najnowsze wiadomości

Zobacz więcej

Najczęściej czytane

Wideo