[break]
Szkołę powołano oficjalnie w 2009 roku i umieszczono ją pośpiesznie w budynku po domu kultury przy ul. Gałczyńskiego. W obiekcie bez sali gimnastycznej, auli, boiska i innych elementów wyposażenia, właściwych placówce oświatowej.
- Ta lokalizacja była wówczas ratowaniem sytuacji. Szkołę powołano. Trzeba było znaleźć dla niej miejsce. I na początku nie było tak źle, ale mieliśmy pod opieką szesnaścioro dzieci - mówi Imisława Górska, dyrektorka International School of Bydgoszcz. Organem prowadzącym szkoły jest Uniwersytet Kazimierza Wielkiego.
Liczba dzieci jednak bardzo szybko rosła. Na początku szkoła opiekowała się dziećmi oficerów dwóch jednostek NATO, stacjonujących w Bydgoszczy. Dziś są to cztery jednostki, a uczniów dziesięć razy więcej niż w 2009 roku.
- Dokładnie mamy 163 uczniów. Dawno przekroczyliśmy limit - mówi dyrektorka ISOB. Od 2010 roku w placówce mogą uczyć się polskie dzieci. Ze względu na ciasnotę ich nabór został wstrzymany.
Pieniądze w błoto
Cztery lata temu Urząd Miasta Bydgoszczy, widząc problemy lokalowe szkoły, przekazał jej wymagający remontu budynek dawnego internatu Zespołu Szkół Budowlanych przy ul. Pestalozziego 18a. Do dzisiaj świeci on jednak pustkami, bonie udało się znaleźć pieniędzy na remont i adaptację. Potrzebnych jest ponad 7 milionów złotych.
Dokładnie mamy stu sześćdziesięciu trzech uczniów. Dawno przekroczyliśmy limit. - Imisława Górska, dyrektorka ISOB
Co gorsza, każdego roku trzeba płacić ok. 40-60 tys. zł za utrzymanie obiektu - ochronę, ogrzewanie, prąd, pilne naprawy itp. W ciągu czterech lat wyrzucono już w błoto blisko 200 tysięcy złotych.
- Całe trzy lata boksowałam się o pieniądze na remont budynku przy Pestalozziego z przedstawicielami poprzedniego rządu. Obiecywanki, spychologia, wizyty studyjne, a potem i tak się okazywało, że „bieżący plan nie przewiduje” takich wydatków. W pewnym momencie zaangażowałam do sprawy wszystkich możliwych polityków z naszego miasta i regionu. Z lewa i prawa. Nawet marszałek Całbecki się włączył. Ale przyszły wybory i temat się urwał - mówi Imisława Górska.
Coś chyba drgnęło
W lutym udało się ściągnąć do byłego domu kultury na Błoniu wiceministra obrony narodowej, Bartosza Kownackiego. Człowieka wprawdzie z Warszawy, ale formalnie posła ziemi bydgoskiej.
Posłuchał opowieści o skandalicznych warunkach, dowiedział się o wodzie zbierającej się w piwnicy po każdej ulewie i obiecał, że w ciągu 2 miesięcy jego resort podejmie decyzję. Dwa miesiące minęły 17 kwietnia. Na razie żadna wiążąca decyzja nie w ministerstwie niezapadła.
- Decyzji nie ma ale coś drgnęło. Chyba pan minister musiał po powrocie do Warszawy coś szepnąć, ponieważ skontaktowały się z naszą szkołą trzy departamenty Ministerstwa Obrony Narodowej. Przesłaliśmy już wymaganą dokumentację i czekamy, co dalej. Nieoficjalnie wiemy, że pan Kownacki przekazał jednej z dziennikarek informację, iż w maju sprawa zostanie doprowadzona do końca - informuje dyrekcja szkoły.