Bydgoski marzec w teczkach

Grażyna Ostropolska
Udostępnij:
„Bydgoski Marzec 1981”. Pod tym hasłem wydarzenia sprzed 25 lat zapisały się w historii. Warto je przypominać, bo wykruszają się świadkowie. Zmarł Bartoszcze, jeden z pobitych. Nie żyje Gotowski - jeden z liderów „Solidarności”.

„Bydgoski Marzec 1981”. Pod tym hasłem wydarzenia sprzed 25 lat zapisały się w historii. Warto je przypominać, bo wykruszają się świadkowie. Zmarł Bartoszcze, jeden z pobitych. Nie żyje Gotowski - jeden z liderów „Solidarności”.

<!** Image 2 align=right alt="Image 19512" >W najbliższą niedzielę przyjaciele Gotowskiego odsłonią tablicę, poświęconą jego pamięci. Na wiadukcie przy Fordońskiej, który zbudował, w pobliżu cmentarza, na którym spoczywa. Tajemnicę jego śmierci (zginął 2,5 roku temu od strzału w głowę), bada teraz gdańska prokuratura. Nic w tej sprawie nie jest jasne.

„Śmierć” w teczkach

Przez lata zaciemniano też obraz bydgoskich wydarzeń z 19.03. 1981. Rozjaśniają go wyciągane z archiwów dokumenty. Te, które stopniowo odtajnia MSWiA, i te z teczek IPN. Sięgają po nie ci, którzy uzyskali status osoby pokrzywdzonej. Krzysztof Gotowski nie zdążył. - Nie chciał zaglądać do swojej teczki - wspomina jego brat Marek. - Obawiał się, że ludzie, którym ufał, okażą się donosicielami. Ja to zrobiłem - mam zaświadczenie o przyznaniu bratu statusu pokrzywdzonego. Ponura lektura... Niesie rozczarowania.

Jan Rulewski (i jego wydarzenia marcowe przeniosły do historii) też przeżył teczkowy szok. - Przejrzałem na razie tylko jeden tom - mówi. - Dowiedziałem się, że „esbecy” szykowali mi śmierć cywilną. Stworzono 9-punktowy plan, którego skutkiem miało być wyrzucenie mnie ze związku. To porażająca lektura. Zwłaszcza, gdy się wie, kto donosił. Tego człowieka wprowadzono w najbliższe otoczenie Zarządu Regionu NSZZ „S”. Pan K., t.w. „Zenon”, drukował nam ulotki, plakaty, użyczał samochodu Wałęsie. A potem pisał długie raporty i domagał się bardziej radykalnych posunięć wobec związkowych aktywistów. To on obiecał „esbekom” dostarczenie fałszywego świadka. Miał zeznać, że Rulewskiego na marcowej sesji WRN pobili... koledzy z „S”.

Zdjęcia pobitego Jana Rulewskiego, przewodniczącego bydgoskiej „S”, obiegły Polskę. Wiadomość, że funkcjonariusze oddziałów specjalnych MSW i MO siłą usunęli z sali obrad WRN delegację „S” i pobili jej działaczy (Rulewskiego, Mariusza Łabentowicza i Michała Bartoszcze) obrodziła gotowością strajkową w całej Polsce.

Historycy nie mają wątpliwości - bydgoski marzec 1981 wymusił na władzy zarejestrowanie rolniczej „S”. Zamysł takiej pomocy ulągł się w głowach bydgoskich działaczy MKZ NSZZ „S”. Jego przewodniczący Jan Rulewski tak to wspomina: - Były wspólne demonstracje, zapraszaliśmy chłopskich działaczy do zakładowych radiowęzłów. Podsunęliśmy im myśl „biernego oporu”, który miał wymusić zgodę na zarejestrowanie niezależnego związku. Gdy zaczęła się okupacja gmachu WZSL przy Dworcowej, byliśmy z nimi. Ich problem postanowiliśmy przedstawić na sesji. Ja byłem komisarzem krajowym „S” ds. żywności. Miałem czuwać nad realizacją 20. punktu porozumień sierpniowych, poprawieniem systemu kartkowego. Wiedziałem, że jak chłopi nie uzyskają prawa do ziemi i nie będzie rynkowej gospodarki, kartkami ust nie zakleimy. To była walka związkowa, a polityka tylko na początku i na końcu.

Na VI sesję WRN polityka wdarła się siłą. Niektórzy twierdzą, że takie rozwiązanie i konfrontację zaplanowano. Inni, że sprawa wyrwała się władzy spod kontroli. Śledztwo w sprawie pobicia działaczy „S” nie ustaliło sprawców. Mówi się o jego wznowieniu. Demonstracja siły zaczęła się 3 dni przed sesją. 16.03. zaczęły się w pobliżu manewry wojskowe „Sojuz 81”. - Dochodziły słuchy, że jakieś wojska stały w Łęgnowie - wspomina Rulewski. - Sądziłem, że histeria nas ogarnia. Przed sesją zadzwoniłem do szefa KWMO płk. Kozdry i pytam, co szykują. A on mi na to: „My ludzi pracy bić nie będziemy”. Stało się inaczej.

Wyciągane z archiwów dokumenty dowodzą, że już w nocy z 18 na 19.03. kierownictwo MSW wzmacniało bydgoską policję tzw. oddziałami zwartymi MO ze Słupska i Piły oraz plutonem specjalnym ZOMO z Łodzi. Decyzja zapadła po informacji, że MKZ NSZZ „S” wysłał teleksy do 55 największych zakładów pracy, zapraszając ich na sesję WRN. Włądze obawiały się wiecu przed urzędem. Nie udało się wpłynąć na działaczy MKS, aby zaproszenie odwołali.

Apel Rulewskiego: „Kobiety do środka” też przeszedł do historii. Tak lider „S” próbował bronić swoich. Przed usunięciem ich z sali WRN, po niespodziewanym przerwaniu sesji. - Wtedy jeszcze nie wiedziałem - wspomina - że wśród tych, którzy zaciskali krąg, byli przebierańcy. Oni go też rozerwali.

Jarosław Wenderlich, ówczesny doradca i rzecznik MKZ, tak ich zapamiętał: - Koło nas przechodzili panowie ze znaczkami: „Honorowy dawca krwi” na ubraniach. Myślałem, że to pracownicy urzędu, ale...wyglądali na „zabijaków”. Miałem obawy. Potem dowiedziałem się, że po tym znaczku rozpoznawali się funkcjonariusze MSW. Jednych wstawiono do ochrony UW, inni mieli wmieszać się w nasze szeregi. Potem widziałem, jak ci cywile okładali moich kolegów. Słyszałem łomot i przeraźliwe krzyki.

O tym, że sprawa źle wygląda, poznał po twarzy prokuratora, który pojawił się na sali obrad. - Był trupio blady - wspomina. - Wiedziałem, że nie jest tu z własnej woli i kto inny wydaje polecenia.

Wenderlich sam do niedawna był prokuratorem. 1.02.1981 przeszedł do Zarządu Regionu NSZZ „S”. - Jan Rulewski i Marek Gotowski uznali, że tu będę bardziej potrzebny. Przygotowałem ich do wystąpienia na sesji. Z ustawy o radach narodowach wynikało, że dopóki na sali obrad są radni, wszystko jest lege artis, nikt nas nie ma prawa wyrzucić.

Odwody i manewry

Władze też to wiedziały. Dlatego próbowano wywabić z sali radnych, którzy po przerwaniu obrad, zdecydowali się zostać i wspólnie z delegatami „S” sporządzić komunikat. Wytrwała jedynie garstka najmłodszych rajców. Byli oni świadkami zakulisowych działań wojewódzkich notabli i użycia siły, którą ktoś wyżej sterował. Piszą o nich i o szczegółach marcowych wydarzeń Jarosław Wenderlich i i Elżbieta Lubiewska w przygotowywanej do druku książce „Nasza wolność. Bydgoski Marzec”. Swoją wiedzę przelewa też na papier Tomasz Chinciński - badacz zbiorów IPN.

- To za sprawą Krzysztofa Gotowskiego - wspomina zmarłego kolegę Rulewski - który „ na czworakach”, między wychodzącymi w pośpiechu radnymi, wymknął się z urzędu, by zorganizować odwody, czuliśmy się pewnie. Wiedzieliśmy, że koledzy wezwani, m.in., z „Famoru”, „Telfy”, „Rometu” i ZNTK, przyjdą pod urząd, będą nas osłaniać. Tak też się stało. Władza zrobiła jeszcze demonstrację siły - wieczorny przejazd oddziałów ZOMO ulicami koło urzędu. I spróbowała fałszywej propagandy, mającej dowieść, że Rulewskiego pobili koledzy. Bez skutku. Prawda wyszła na jaw, a protesty w całym kraju zmusiły władze do oświadczenia, że przerwanie sesji i siłowe usunięcie delegatów „S” z UW było bezprawne i sprzeczne z zasadami rozwiązywania konfliktów społecznych.

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na Twitterze!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na Twiterze!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Więcej informacji na stronie głównej Express Bydgoski
Dodaj ogłoszenie