Premiera tygodnia: "Bo we mnie jest seks", czyli musical o kobiecie, która nie pasowała (recenzja)

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Dodaj komentarz:
Udostępnij:
Ludzie piękni i ponętni mają ponoć w życiu łatwiej. Tyle, że chyba też nam, prostaczkom, łatwiej jest wpisywać ich w role społeczne, które mamy zakodowane w główkach. A jak nie chcą się w te role dać wpasować, to zgrzyta nam to okrutnie… Pani Kalina Jędrusik i w rolę popularnej aktorki głębokiego PRL, i kobiety modnej, ale mężowi oddanej, wpisywać nie chciała się wcale. I stąd jej legenda kolorowa. Legenda, która żyje dłużej, niż jej role filmowe, a to też dlatego, że nigdzie do końca nie pasowała.

„Bo we mnie jest seks” to jeden z tych obrazów, na który czekałem gorliwie i cierpliwie. Choćby dlatego, żeby zobaczyć, na jaką konwencję zdecydowali się twórcy opowieści o Kalinie Jędrusik. Bo mogli zdecydować się na każdą. I tu zrobiło się ciekawie, bo oglądamy rzadkość - polski musical, z lekka odrealniony, oddający smacznie stan ducha aktorki, z lekka w słodko-gorzkiej tonacji, jak nie przymierzając świetny „La La Land”. Efekt? Jestem raczej zmieszany, niż wstrząśnięty. Bo sporo tu plusików dodatnich, jak mawiał klasyk, ale i ujemnych też.

Tak więc oglądamy krótki, ale ważki epizod z życia pani Jędrusik, aktorki, ale i seksbomby wszechpolskiej. Jest początek lat 60., czasy gomułkowskiej małej stabilizacji i socjalistycznej konserwy obyczajowej. Pani Kalina żyje w trójkącie z mężem Stanisławem Dygatem i znanym bigbitowcem, co rusz naruszając zasady różne. Jak wtedy, kiedy na telebarbórce występuje i z dekoltem wielkim, i krzyżykiem na tym dekolcie. Kiedy nie ulega seksualnie nowemu dyrektorowi z telewizji, zostaje wygnana na zawodowy out. I wtedy okazuje się, na kogo może liczyć.

Zacznijmy od plusów, czyli choćby od samej konwencji. Wgryzałem się w nią z bólem, ale chwyciło i całe to przestylizowanie zaczęło mi oczy radować. Na pewno smacznie wyszedł portret kobiety wyzwolonej i wyzwalającej się w opresyjnym, męskim świecie. Z refleksjami i o wychodzeniu z nakreślonych przez system społeczny ról, i o tym, jak sama opresja taką emancypację podkręca. Nienachalne są wycieczki w stronę dzisiejszej Polski - tu każdy przeczyta sobie, co chce – do tego mamy fajny portrecik bohemy początku lat 60. Dygatów, Konwickich, Kutzów, Zaniewskich... Pewnie to ekstra smaczek czytelny dla smakoszy, ale bądźmy szczerzy - na film o Kalinie Jędrusik dzieciaki i tak nie pobiegną. No i kreacja pani Marii Dębskiej - jako Kaliny. Zdecydowanie ekstraligowa.

Minusiki? Pani Jędrusik jest tu raczej ilustracją opowieści o emancypacji niż bohaterką historii o sobie samej. Wskakuje do obrazka dość nagle, nie wiemy, dlaczego jest jaka jest, skąd w niej ta mieszanka cech fajnych i mniej fajnych, skąd paradoks kobiety chętnie korzystającej z siły własnej seksualności i jednocześnie walczącej z postrzeganiem siebie tylko poprzez seksualność… Do tego konwencja słodko-gorzkiego musicalu pozwala z jednej strony poszaleć, choćby inscenizacyjnie, ale z drugiej ogranicza mocniejsze uderzenia, więc film może wydawać się nieco błahy. Cóż, konwencja... Może gdzieś, kiedyś ktoś opowie nam o pani Kalinie inaczej. Bo apetytu nabraliśmy.

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera tygodnia: "Bo we mnie jest seks", czyli musical o kobiecie, która nie pasowała (recenzja) - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie