"Jeden gniewny człowiek" - czyli żeby dobrym było dobrze, a złym źle

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski
Materiały producenta

Zemsta to jeden z motywów w kinie wiecznie modnych. Jak i zresztą w życiu naszym doczesnym, choć w kinie to pewnie nawet i bardziej. Ale czemu się dziwić? W końcu za przywracaniem moralnego porządku, czyli stanu świata, w którym dobrym jest dobrze, a złym źle, tęsknią prawie wszyscy, nawet ci, którzy z pokorą znoszą niegodziwości bliźnich. Prawie, bo oczywiście ci źli za tym nie tęsknią, ale to akurat zrozumiałe.

Zemsta króluje więc w kinach świata całego od lat, ogrywana zresztą zwykle w sposób nudziarski i powtarzalny. Chyba, że za mściciela zabiera się ktoś taki, jak pan Guy Ritchie. Jasne, mam do niego słabość od paru dekad - a już zwłaszcza do jego odjechanych, gangsterskich opowiastek, w których czaruje swoim filmowym sznytem jak najlepszy magik, sklejając przemoc z nadrealnymi żarcikami. Ale nie tym razem. „Jeden gniewny człowiek” zrobiony jest bardzo serio. Aż tak bardzo, że gdyby nie sposób opowiadania Ritchiego i gry Jason Stathama, to moglibyśmy zastanawiać się, czy nie oglądamy jakiegoś wyjątkowo wyrafinowanego pastiszu.

Tak więc wszystko zaczyna się od napadu na furgon firmy wożącej kasę. Napad miał być bolesny tylko dla właścicieli kasy, ale ginie dwóch strażników i przypadkowy chłopak. Parę miesięcy później w firmie konwojenckiej zatrudnia się pewien Angol. Szybko orientujemy się, że to ojciec zabitego chłopaka, ale poza tym nadzwyczaj utalentowany bandzior z tej samej branży, choć paradoksalnie wyposażony w kręgosłup moralny solidny i bardzo starotestamentowy. Zaczyna się polowanie na rabusiów – morderców, bo nikt nie wie, kto dokonał tamtego skoku.

Sprawa jest więc prosta jak zwykle tego rodzaju kino – Jason Statham w roli bicza Bożego i anioła zemsty, który funduje piekło złym ludziom, choć sam jest dobry nieco dyskusyjnie. Tyle, że do tej prostoty Guy Ritchie dokleił wszystkie swoje patenty - film ogląda się więc tak naprawdę dla oglądania, bo cała sfera ideolo schodzi na daleki plan. Mamy więc i skoki w czasie – ale klarowne, bo ometkowane napisami – i opowiadanie tych samych rzeczy z różnych perspektyw, i kapitalne, nietypowe ujęcia. No i – jak to zwykle u Ritchiego – smakowity zestaw postawi drugoplanowych, tak barwnych, że chętnie poznawalibyśmy je dalej. Zwykle u brytyjskiego reżysera ten drugi plan służy do dowcipkowania i kontrapunktowania grozy, ale tym razem jest inaczej. Tonacja od początku do końca jest smutno-gorzka, co świetnie podkreśla transowy motyw muzyczny na, bodajże, wiolonczelę, który zostaje nam w uszach na wieki.

Oczywiście Ritchie trochę czaruje, że oglądamy coś więcej niż balladę o zemście - ale chyba tylko po to, żeby poprawić sobie i nam samopoczucie. Już, już nam się wydaje, że pójdzie to wszystko w trochę społeczne rejony – tajemniczy gang to bowiem po prostu oddział byłych żołnierzy, których ojczyzna droga wykorzystała gdzieś na Bliskim Wschodzie, a potem wypluła, skazując na biedowanie i pracę pomagierów w marketach. Ale tylko nam się tak wydaje, bo ten motyw znika szybciej niż się pojawił. Choć nieco szarości w czarno-biały świat wprowadza.

Wideo

Materiał oryginalny: "Jeden gniewny człowiek" - czyli żeby dobrym było dobrze, a złym źle - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie