<!** Image 1 align=left alt="Image 25160" >Benedykt XVI ze strefy wiwatów i nadspodziewanie gorącego przyjęcia w Wadowicach, Warszawie i Krakowie, ostatniego dnia pielgrzymki zmierzył się, na własne życzenie, ze strefą śmierci i wstydu całej ludzkości. Papież w Oświęcimiu poddał się podwójnej konfrontacji - bramę obozu w Auschwitz przekroczył jako syn narodu niemieckiego, który z wrodzoną skrupulatnością realizował plan zagłady świata. Przeszedł też przez bramę z napisem „Arbeit macht frei” jako głowa Kościoła, który w oczach wielu ponosi pewną odpowiedzialność za okrucieństwa wojny. O czym myślał pod ścianą straceń Benedykt XVI, zapewne nigdy się nie dowiemy. Wiemy jednak, jak trudne były to dla niego minuty. Dużo łatwiej było mu przekonać Polaków, że nie jest już pancernym kardynałem, a pełnym pogody Benedyktem XVI. Na oświęcimską wizytę papieża, Niemca, którego w wieku kilkunastu lat wcielono do Hitlerjugend i wysłano na front pod granicę czesko-węgierską, zwrócone były oczy całego świata. Czy będzie przemawiał po niemiecku, czy przeprosi? - zastanawiali się nie tylko komentatorzy. Rozumiemy, ile decyzja wizyty w Auschwitz musiała Benedykta XVI kosztować, choć trudno sobie wyobrazić pierwszą pielgrzymkę w Polsce bez tej szczególnej konfrontacji z przeszłością. Nie usłyszeliśmy słowa przepraszam, ale usłyszeliśmy wiele innych, ważnych i jednoznacznych słów potępienia oraz ekspiacji. Usłyszeliśmy wreszcie sakramentalne pytanie, powtarzane przez więźniów wszystkich obozów koncentracyjnych: Gdzie wtedy byłeś, Panie Boże? O to samo pytał papież, który stanął w ostatnim dniu wizyty oko w oko z mocami ciemności. Jak wypadła ta konfrontacja, oceńcie, Państwo, sami.
Gdzie wtedy byłeś, Boże?
Benedykt XVI ze strefy wiwatów i nadspodziewanie gorącego przyjęcia w Wadowicach, Warszawie i Krakowie, ostatniego dnia pielgrzymki zmierzył się, na własne życzenie, ze strefą śmierci i wstydu całej ludzkości.