Cieszę się codziennie

RedakcjaZaktualizowano 
Magda Poros
Masajowie potrzebują wsparcia, ale wcale nie w duchu: wspaniały Zachód pomaga biednej Afryce. Myślę, że to bardzo zła postawa - z Magdą Poros* rozmawia Lucyna Tataruch.

Wiem, że wielu ludzi pyta Cię o to, dlaczego pomagasz dzieciom w Afryce, skoro tu w Polsce też są potrzebujący...
Jasne, pojawiają się takie pytania. Co ja mogę na nie odpowiedzieć? Nie powinno się chyba rozliczać ludzi z tego, komu chcą pomagać. Zresztą, moja przygoda z Masajami w Kenii wcale nie zaczęła się od jakiejś wielkiej chęci, by pomagać komuś na drugim końcu świata, tylko od pasji. Zainteresowałam się ich obyczajami, historią. Spodobało mi się to, jak są związani ze swoimi tradycjami. I owszem, potrzebują wsparcia, ale wcale nie w duchu: wspaniały Zachód pomaga biednej, bezradnej Afryce - myślę, że to bardzo zła postawa.

Buduje w nas przekonanie, że jesteśmy lepsi?
Tak. A nie jesteśmy, obecnie mamy jedynie większe możliwości i wspaniale, gdy wykorzystujemy je wspólnie. Stereotypowe prowadzenie działań czy dramatyczne publikacje o biedzie wypaczają obraz dzisiejszego Afrykańczyka. To nie powinno tak wyglądać.

A jak powinno?
Na przykładzie Masajów widzę, że tam jest niebywale dużo bardzo inteligentnych i kreatywnych osób. Chodzi o to, by pomóc zbudować odpowiednią drogę, korzystając z wiedzy, zarówno naszej, jak i tej lokalnej. Wiele osób pyta mnie, czy mogłyby tam pojechać uczyć w szkole. To akurat jest bez sensu. W Kenii są bardzo dobrzy nauczyciele, którzy znają tę kulturę i potrafią ocenić, które metody się w ogóle sprawdzą. Programy nauczania, np. techniki czy biologii, są dostosowane do ich realiów, my nawet nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć. Nasze głowy nie są tam potrzebne.

Twoja fundacja "Mogę się Uczyć" buduje tę drogę, m.in. przez budowanie szkół?
Myślę, że tak, jest to jednak dopiero początek. Ale zanim do tego doszło, też minęło dużo czasu. Mój pierwszy wyjazd do Kenii - z perspektywy czasu - widzę jako taki pseudowolontariat. Skończyłam studia, stwierdziłam, że uzbieram jakieś pieniądze i pojadę pomieszkać z Masajami. Nie łączyło się z jakimś wyższym celem, nie oszukujmy się. Znalazłam organizację z Nowej Zelandii, International Volunteer HQ, która organizuje odpłatne wolontariaty, m.in. właśnie w te rejony.

Dlaczego „pseudowolontariat”?
Bo tak realnie, to nie ma w tym dużej wartości dodanej dla tych społeczności. To bardziej podróżowanie, poznawanie tego miejsca, ludzi. I OK, nie ma w tym nic złego, tyle że realny wolontariat polega na czymś innym. Na takie wyjazdy przeważnie decydują się młodzi Amerykanie i często jest to dla nich pierwsza okazja, by w wakacje wyjechać gdzieś poza Stany.

Zachcianka białego świata?
Trochę tak. Chociaż oczywiście jak się chce, to można dużo z tego wyciągnąć i dać innym. Takie podróże na pewno otwierają oczy, bardziej niż pobyt w hotelu i wycieczka na safari. Ja też pojechałam tam bez żadnych kwalifikacji. Najpierw trafiłam do stolicy Kenii, Nairobi, i przyznam, że na początku bałam się wyjść na ulicę...

Czego się bałaś?
Właśnie nie wiem (śmiech). Że wyjdę i wydarzy się coś. Coś złego. Zostawiono nas samych i wtedy dopiero poczułam, jak to jest mieć wiedzę tylko z książek, gazet i filmów. Ten strach był irracjonalny i bardzo obezwładniający. W końcu trzeba było wyjść na zewnątrz i nagle okazało się, że nic złego się nie dzieje, nikt na mnie nie zwraca uwagi. Ze stolicy pojechałam już mieszkać do masajskiej rodziny i zaczęło się takie regularne życie w ich realiach.

Masajskie rodziny chcą przyjmować gości w ten sposób?
Akurat w Kenii to działa w porozumieniu z małymi lokalnymi organizacjami, które się znają z tymi rodzinami. Rodziny dostają dodatkowe środki, a szkoła, w której uczą się ich dzieci, wsparcie. W państwowych szkołach brakuje niestety podręczników, przyborów, podstawowych rzeczy. Nauczyciele są źle opłacani, przez co poziom jest niski i najbardziej tracą na tym dzieci. Poza tym domy i szkoły często są od siebie bardzo oddalone i niektórym dzieciom trudno jest do nich dotrzeć. Te kulisy poznałam w jakimś stopniu podczas pierwszego pobytu w Kenii. Przy drugim, w 2011 roku, pracowałam w domu dziecka, ale to właśnie wtedy wydarzyło się to coś – pojawił się pomysł, by otworzyć społeczną szkołę.

Brzmi to jak rzucenie się na głęboką wodę.
To prawda, ale gdy się widzi, jak wszystko funkcjonuje i ile jest możliwości, to nic nie jest głęboką wodą. Prezeska lokalnej organizacji, mając początkowy budżet - ok. 100tys szylingów, czyli jakieś 4-5 tys. złotych - zbudowała trzy klasy z blachy falistej. Proste budynki z małymi oknami, żeby nie było zbyt kurzawo w środku. Pozostał jeszcze problem, jak utrzymać tę szkołę.

Zebrać pieniądze w Polsce?
Właśnie. Takie postawiłam sobie dość spontanicznie zadanie. W między czasie miałyśmy spotkania z szefem wioski, takim naszym wójtem. Odbywały się rozmowy z rodzicami, wszyscy ustalaliśmy, co w tej szkole będzie się działo, jak będziemy to wspólnie finansować. W Kenii nie jest dobrze postrzegane wspieranie z zewnątrz ucznia w stu procentach. Rodzice muszą poczuwać się do obowiązku pokrywania części opłat, starać się. I faktycznie tak to działa. My wpłacamy większą część, oni resztę.

Jak szło zbieranie pieniędzy w kraju?
Bywało różnie. Po moim powrocie do Polski najpierw zbieraliśmy coś na własną rękę ze znajomymi i rodziną. Potem dostałam pozwolenie na zbiórkę publiczną, korzystałam z crowdfundingu „Polak Potrafi”, szukałam kontaktów, żeby jakoś ten cel nagłośnić. I udało się. Kiedy w lutym 2014 roku po raz trzeci poleciałam do Kenii, mogliśmy już wybudować pięć kolejnych pomieszczeń dla nauczycieli, którzy codziennie przez godzinę szli do nas z sąsiedniego miasteczka. Kupiliśmy panel słoneczny oraz drukarkę, żeby nie musieli np. ręcznie przepisywać kilkudziesięciu kopii ćwiczeń. Swoją drogą, udało nam się ściągnąć do tej szkoły naprawdę dobrą kadrę. Wystarczającym argumentem było dla nich to, że możemy im zapewnić sensowną pensję. Mają mnóstwo pomysłów, tak jak i cała ta społeczność. Wszyscy się bardzo angażują w działania tej szkoły.

Jakie to są pomysły?
Przede wszystkim, dbają o nasze finanse (śmiech). Robią wszystko, by zaoszczędzić i wykorzystać te pieniądze na rozwój szkoły. Np. majster wiózł ramy okna na stopa, targował ceny. Rodzice korzystają ze swoich kontaktów w miasteczku, załatwiają różne rzeczy, takie jak darmowy transport jedzenia na posiłki. Czasem dostaję tylko informację, że odbyło się spotkanie z rodzicami, którzy mają kolejny pomysł na coś nowego. Nie nadążamy z realizacją.

Kiedyś to wszystko będzie się kręcić samo, bez wsparcia z zewnątrz?
Do tego zmierzamy. Naszym dalekosiężnym celem jest stworzenie modelu, który uniezależni całkowicie te społeczności od pomocy. Będą mogły same sobie wszystko zorganizować, zarobić na to. Na początku w grę wchodzą różne minidotacje, np. dla kobiet, przygotowanie miejsc pracy, warsztatów. Nie obędzie się bez wybudowania studni. Dobrze by też było zorganizować tam taką małą klinikę. To też jest trudny temat, bo Masajowie nie ufają zbytnio lekarzom. Szpitale są daleko, a kiedy już ktoś tam trafia, to często jest w bardzo ciężkim stanie i umiera. Szczególnie starszym szpital kojarzy się z miejscem, z którego się nie wraca. Próbujemy to zmienić np. organizując regularne badania dzieci w szkole.

Wciągasz w te działania innych stąd, z Bydgoszczy?
Staram się. W najbliższym czasie organizuję w bydgoskiej Strefie spotkanie, na którym będziemy prezentować całą działalność fundacji, nasze plany, możliwości, ale przede wszystkim Masajów i Kenię – jako ciekawy kraj bardzo kreatywnych ludzi w takiej stosunkowo rzadkiej perspektywie. Będą goście stąd i stamtąd. Zapraszam serdecznie, 9 maja, od godz. 15! Będziemy także kontynuowali nasze spotkania w szkołach. Myślę, że jest bardzo dużo tematów do omówienia, jeśli chodzi o powody, dla których warto pomagać komuś, gdzieś tam daleko.

A dlaczego warto?
Bo jesteśmy współzależni, choć może nie czujemy tego, siedząc tutaj. Wystarczy jednego dnia zwrócić uwagę na to, jak wiele rzeczy zużywamy z tego, co jest produkowane na globalnym południu lub w zupełnie innych częściach świata. Ja też już inaczej podchodzę do konsumpcjonizmu, do tego, co faktycznie jest nam potrzebne, z czego można się cieszyć...

I z czego Ty się cieszysz?
Ja się cieszę codziennie, z wielu rzeczy. Doceniam to, ile mam. A od jakiegoś czasu staram się funkcjonować w takim bardziej minimalistycznym trybie. Cały ten ciąg zakupowo-konsumpcyjny nic nie przynosi, a zabiera bardzo dużo czasu i myśli...

Myśli nieznanych Masajom?
Ich życie jest proste, nie ma tam zbyt wielu przedmiotów i przez to też można się skupić na zupełnie innych rzeczach. Z mojej perspektywy - na tym, co jest ważne.

Co jest najważniejsze dla Masajów?
Bydło (śmiech). Jeśli ktoś ma krowy, owce i kozy, to jest szczęśliwym człowiekiem. Cieszą się też, gdy jest dobra pogoda, gdy pada deszcz i gdy jest zielono. To daje mu spokój. Równie ważna jest na pewno rodzina.

A z czego cieszą się dzieci? Ze szkoły?
Tak, bardzo się cieszą, że mogą się uczyć. Ale chyba największą radość sprawiają im cukierki. W ogóle Masajowie uwielbiają słodycze. Mam parę takich zdjęć z przejażdżek busikiem, na których widać na przykład dorosłego pana z lizakiem, babcie z lizakiem. Ich ulubionym napojem jest fanta – wiadomo, najsłodsza. W domach nie mają małych łyżeczek, słodzą wielkimi. Sam cukier jest dla nich bardzo ważny. Gość w dom, cukier z szafy! Jak gościowi poda się herbatę bez mleka i cukru, to znaczy, że w domu jest bieda.

Co jeszcze jest w takim masajskim domu?
W mieście jest podobnie jak u nas. Poza miastem nie ma prądu, więc raczej nie będzie tam pralki, lodówki i innych sprzętów. Jeśli ktoś jest bardziej majętny, to ma swój generator prądu i często też telewizor, DVD. Komputery są rzadkością, ale każdy ma za to telefon komórkowy. Popularne są takie typu Nokia 3310, w którym bateria trzyma 7 lub 8 dni. Jak się rozładuje, to trzeba pojechać ją naładować do miasta. Ale młodzi mają już modele podobne do naszych.

Gdy zapada zmierzch w świecie bez prądu, to wszyscy idą spać?
Zapala się wtedy lampę naftową lub żarówkę zasilaną energią z panelu słonecznego, je się kolację i faktycznie idzie się spać. Kobiety zwykle wstają bardzo wcześnie, więc tym bardziej siedzenie do późna jest bez sensu.

Co robią masajskie kobiety?
Opiekują się domem i rodziną. Zawodowo bardzo rzadko pracują, bo w większości są niepiśmienne, niewykształcone. Niektóre skończyły kilka klas szkoły, potem zostały wydane za mąż, zaszły w ciążę. Nie mają obecnie alternatywy, chcemy razem to zmienić. Z kolei panowie zawsze twierdzą, że są bardzo zajęci. Wracają do domu późno, często także pijani. Siadają, a żona podaje im kolacje, córka zdejmuje im buty, zabiera skarpetki do prania, zakłada kapcie. Ten typ rodziny jest stricte patriarchalny. Są wyjątki, ale jednak życie kobiet i dzieci jest tam trudne. Szczególnie dla dziewczynek.

W jakim wieku wydaje się je za mąż?
Zdarza się, że mają 9, 12 czy 14 lat. Widać to dobrze w szkole, gdzie tak od piątej klasy dziewczynek zaczyna być coraz mniej. Nikomu nie zależy na tym, żeby kształcić córki. Od liczenia i pisania ważniejsze jest to, by dziewczyna umiała ugotować, zadbać o dom. Rodzina, która wydaje córkę za mąż, dostaje za nią coś w rodzaju posagu. I ona zostaje już przypisana do rodziny męża. Opuszcza swój dawny dom i do niego nie wraca.

Patrzysz na to ze swojej europejskiej perspektywy, oceniasz?
Mam duży szacunek dla tej społeczności. Gdy tam jadę, to czuję, że przyjmują mnie z pełną serdecznością. Uważam, że nie na miejscu by było, gdybym oceniała, negowała czy przekonywała ich do czegokolwiek, jako człowiek z zewnątrz, który sobie przyjeżdża i chce coś narzucać. Raczej po prostu z nimi rozmawiam. Pytam te kobiety o różne rzeczy, interesuje mnie to, jakie one mają zdanie na te sprawy. I widzę też, że różne zmiany do nich docierają. Do kobiet i do mężczyzn.

Wiedzą jak wygląda świat, z którego Ty przyjeżdżasz?
Nie wiedzą, ale są bardzo ciekawi. Zadają mnóstwo pytań, oczywiście takich, które pasują do ich perspektywy i realiów. Np. „A jak u was jest tak zimno w zimie, to co wtedy uprawiacie, jak jeździcie na motorach, jak radzą sobie zwierzęta?”. Bardzo fajne są też pytania o nasze różnice w budowie. To są czasem takie rozmowy, które u nas od razu byłyby odebrane jako rasizm. Tam jest to zwykła ciekawość, bo choć dzieci mają dużo obrazków z białymi ludźmi, to nikt im nie mówi, że np. jak jest gorąco to nasze białe stopy puchną i robią się różowe. Często jest przy tym dużo śmiechu.

Jak masajskie kobiety o siebie dbają?
Podstawą są ozdoby z różnokolorowych szklanych koralików. Same je robią, wymieniają się różnymi pomysłami, bo moda oczywiście się zmienia. Masajowie zmieniają nawet swoje kolory. Teraz na przykład fiolet jest modny, bardziej niż czerwony. Podstawą pielęgnacji jest wazelina o różnych zapachach. Kobiety lubią też lakiery do paznokci w jakichś krzykliwych kolorach, pomadki. I jest jeszcze jedna częsta rzecz, której strasznie nie lubię – peruki. Podobają im się europejskie, gładkie włosy, dlatego chcą zakrywać swoje.

Ubierają się tak jak my?
Na pewno zwracają uwagę na fasony ubrań. I to dotyczy też panów. Jeśli ubierają się w zachodnie ubrania, to rzadko są to dżinsy. Prędzej można spotkać kogoś w koszuli i spodniach garniturowych. Kobiety z kolei, szczególnie na wsi, nie powinny chodzić w spodniach. Spódnice muszą być odpowiedniej długości, czyli do kolan. Ramiona i dekolt zakryte. Na wsi przeważają tradycyjne stroje.

Młodzież się nie buntuje?
Buntuje się. I to często doprowadza do zabawnych sytuacji, gdy młode dziewczyny na targu kupują różne kiecki, a potem przychodzi mama i krzyczy, że za krótkie, za bardzo takie czy inne. Ja gdy tam jestem zawsze ubieram się zgodnie z ich normami obyczajowymi, nie buntuje się (śmiech).

*Magda Poros

bydgoszczanka, założycielka i prezes Fundacji Mogę się uczyć. Podczas pierwszego pobytu wśród Masajów nadano jej imię Nashipae, oznaczające radość. Z wykształcenia informatyk, www.mogesieuczyc.pl.

MASAJOWIE

jedna z najlepiej znanych afrykańskich grup etnicznych. Prowadzą półkoczowniczy tryb życia, porozumiewiają się w języku Maa oraz w urzędowych językach Kenii i Tanzanii – suahili i angielskim. Żyją w silnie patriarchalnym społeczeństwie, obowiązuje ich prawo oralne, są monoteistami. Wspólnota i współpraca wśród Masajów jest wskazywana jako wzorowy przykład funkcjonowania przedsiębiorstwa.

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3