Prof. Janusz Odziemkowski: Nie byłoby zwycięstwa nad Wisłą, gdyby do głosu doszły partyjne animozje

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Profesor Janusz Odziemkowski: Powinniśmy pamiętać, że nigdy nie należy opuszczać rąk. Nadzieja na zwycięstwo zwielokrotnia siły i często niemożliwe czyni możliwym
Profesor Janusz Odziemkowski: Powinniśmy pamiętać, że nigdy nie należy opuszczać rąk. Nadzieja na zwycięstwo zwielokrotnia siły i często niemożliwe czyni możliwym Adam Jankowski/Polska Press
Gdyby nie Bitwa Warszawska, to bardzo możliwe, że Bałkany, Europa środkowa i wschodnia zostałyby zalane przez Armię Czerwoną i żelazną kurtynę mielibyśmy najprawdopodobniej nie w roku 1945, tylko już w 1920. Historia Europy też inaczej by się wtedy potoczyła – mówi prof. Janusz Odziemkowski, historyk.

„To jedna z 18 przełomowych bitew w historii świata – mówił o Bitwie Warszawskiej polityk i dyplomata Edgar D’Abernon. Lenin przyznał: „Ogromna porażka sił rosyjskich”. Co Pan sądzi o tych ocenach?

Są jak najbardziej trafne i słuszne. Przez wiele lat w Polsce Ludowej nie wolno było pisać o tej wojnie, poza krótkimi wzmiankami o „agresji” Piłsudskiego na pokojowo nastawioną Rosję sowiecką. W archiwach skąpo udostępniano historykom źródła, niemal zupełnie nie znaliśmy źródeł rosyjskich. Poważne badania nad wojną można było wznowić dopiero po 1989 r. Dzisiaj wiemy, że wraz z upadkiem Warszawy Armia Czerwona miała ruszyć na Węgry, Austrię, Czechosłowację, Bałkany. Stalin wskazywał Włochy i do niej zachęcał silną lewicę, która we Włoszech istniała, jako kolejny cel ekspansji. Oczywiście, rzeczą dyskusyjną pozostanie to, czy Armia Czerwona byłaby w stanie opanować zachód. Nie bardzo w to wierzę; uważam, że np. Niemcy mimo dużych wpływów lewicy, nie rzuciłyby się w wir rewolucji tak jak u schyłku 1918 roku i miały dość sił, aby inwazję Armii Czerwonej powstrzymać. Natomiast proszę zwrócić uwagę, że Węgry, Austria, Bułgaria, czyli kraje, które były wrogami Ententy, po zakończeniu wojny światowej, na mocy podpisanych traktatów pokojowych, musiały do minimum ograniczyć swoje siły zbrojne armie. Zapasy broni były w większości wydane lub sprzedane; trzeba było nakarmić ludzi, trzeba było odbudowywać zrujnowaną gospodarkę. Zatem to były kraje praktycznie bezbronne. Może Węgry stawiłyby jakiś opór; ale tam też była duża, silna lewica. Rumuni bez pomocy Ententy by się nie ostali. A któryż polityk mocarstw zachodnich zdecydowałby się wysłać oddziały do Rumunii, skoro Polsce nie udzielono żadnego wsparcia militarnego? Bardzo możliwe więc, że Bałkany, Europa środkowa i wschodnia zostałyby zalane przez Armię Czerwoną i żelazną kurtynę mielibyśmy najprawdopodobniej nie w roku 1945, tylko już w 1920. Historia Europy też inaczej by się wtedy potoczyła.

Józef Piłsudski mówił, że „przegraliśmy zwycięstwo”.

Nie sama Bitwa Warszawska była przegranym zwycięstwem, ale wojna, w rozumieniu Piłsudskiego nie przyniosła takich owoców, jakich oczekiwał. Piłsudski chciał stworzyć sojusz państw powstałych na gruzach Rosji carskiej, który byłby na tyle silny, aby mógł zatrzymać w przyszłości inwazję rosyjską na zachód. Wiemy, z relacji ludzi najbliższych, którzy go otaczali, że do tej myśli wrócił jeszcze przynajmniej dwukrotnie, mówiąc: „Przegrałem swoje życie, bo nie udało mi się stworzyć takiego sojuszu, z którym musiałby się liczyć świat”. Polska, Ukraina, Litwa, Łotwa, Estonia, Rumunia – to było jego wielkie zamierzenie geostrategiczne. Wywalczył niepodległość Polski, wywalczył granice, ale to było tylko częściowe zwycięstwo. Gdyby powiodły mu się jego plany, to znowu nasuwa się refleksja, że być może w innym kierunku potoczyłaby się historia Europy.

Ciekawe, bo czytam dziś i takie opinie historyków, którzy twierdzą, że nie przecenialiby roli Bitwy Warszawskiej, a wcześniej wojny bolszewickiej, że Polska wcale by tego komunizmu przed zachodem nie zatrzymała. Że Piłsudski nie był Janem III Sobieskim, który pod Wiedniem zatrzymał muzułmanów, dzięki czemu mamy Europę chrześcijańską.

Tak mogą mówić historycy, którzy nie znają dokumentów lub po prostu ignorują fakty. Dzisiaj wiemy, że plany Lenina wykraczały daleko poza Polskę. Kiedy w Moskwie uznano, że los Rzeczypospolitej jest przesądzony, wódz bolszewickiej rewolucji w ostatniej dekadzie lipca wydał rozkaz opanowania Lwowa. Było to wówczas największe miasto i centrum komunikacyjne Galicji. Posiadanie Lwowa otwierało drogę ku przełęczom karpackim, na Węgry. Dlatego wbrew założeniom planu inwazji na Polskę opracowanego Szaposznikowa, który zakładał połączenie sił Frontu Zachodniego i Południowo-Zachodniego do wspólnego uderzenia na Warszawę, armia konna Siemiona Budionnego została zatrzymana w Galicji. Budionny miał zdobyć Lwów i umożliwić Armii Czerwonej marsz na Budapeszt. Marchlewski pisał w swoich wspomnieniach, że w owym czasie wszyscy w kierownictwie sowieckim z przekonaniem popierali ten plan. Po klęsce nad Wisłą w jednym ze swych przemówień Lenin mówił z goryczą, że wszystko było gotowe, było do wzięcia a Piłsudski i jego Polacy zadali sprawie światowej rewolucji straszny cios. Fakty te przytacza znany i poważany amerykański historyk i sowietolog Richard Pipes, autor książki „Rosja bolszewików”. Następnie stwierdza, że były to plany nierealne, niemożliwe do zrealizowania. Zadałbym pytanie: a kto pospieszyłby z pomocą Bałkanom, kto wysłałby wojsko na pomoc Węgrom, Austrii, Rumunii? Pomijając już całkowitą niechęć polityków zachodu do angażowania się w nową wojnę, nie było wówczas technicznych możliwości wysłania wojska. Wiemy, jakie stanowisko wobec Polski miał David Lloyd George – nie był naszym przyjacielem. Ale mówił w Izbie Gmin, jeszcze przed Bitwą Warszawską, że pragnąłby, aby Wysoka Izba wzięła pod uwagę, co mogłoby się stać w przypadku upadku Polski. Czy – jako zwycięzcy w wojnie – nie zostaniemy pozbawieni wszelkich owoców zwycięstwa? Lloyd George rozumiał, czym groził upadek Polski. Upadek Polski oznaczał przekreślenie Traktatu Wersalskiego. Centralna Europa i Bałkany wpadłyby w ręce bolszewików, być może również Włochy.

Ale przecież Józef Piłsudski dlatego zdecydował się na wojnę, bo widział, jak Rosja była słaba.

Oczywiście, Rosja była osłabiona. Ale proszę pamiętać, że to jest ogromny kraj. Za jednego poległego Rosja mogła wystawić 10 nowych żołnierzy. Dla nich problem rezerw ludzkich, problem „mięsa armatniego”, nie istniał. Tam zawsze społeczeństwo podporządkowywało się silnej władzy. Carat upadł, „biała” Rosja dogorywała, bolszewicy udowodnili już, że z przeciwnikami potrafią rozprawiać się o wiele okrutniej od swoich poprzedników. Ponadto polska wyprawa na Kijów, groźba oderwania Ukrainy od Rosji była dla ogromnej większości „białych” i „czerwonych” Rosjan zamachem na „matuszkę Rasiję”. Wielu byłych oficerów carskich na apel generała Brusiłowa, rosyjskiego bohatera I wojny światowej, w obliczu tego zagrożenia odrzuciło swoje żale i nienawiść do bolszewików i wstąpiło do Armii Czerwonej dostarczając jej doświadczonej kadry dowódczej. Dla społeczeństwa rosyjskiego oderwanie Ukrainy od Rosji oznaczało koniec wielkiej Rosji.

Bitwa Warszawska 1920. Fakty i mity: "cud nad Wisłą", samolo...

Piłsudski o tym wiedział.

Owszem. Wiedział, ale grał o najwyższa stawkę, ponieważ wiedział również – cofnijmy się do wiosny 1920 roku – że bolszewicy zdecydowali się na wielką ofensywę na Warszawę. Wszystko na to wskazywało. Zarówno nasłuch radiowy – radiowy wywiad, jak i wywiad wojskowy. Świadczyli o tym również ci, którzy uciekali z frontu na polską stronę – wszyscy mówili o wielkiej ofensywie na Warszawę, która miała nadejść latem; ściągano na nią siły z wszystkich frontów wygasającej wojny domowej. Lenin stwierdził potem, że bolszewicy nie mogli nie wykorzystać tego momentu, że trzeba było sprawdzić „przy pomocy bagnetu” czy przypadkiem w Polsce nie dojrzała rewolucja, bo to otwierało drogę do Europy do „eksportu” rewolucji na zachód. Kiedy w końcu kwietnia 1920 roku Piłsudski ruszył na Kijów i oficerowie francuscy informowali Paryż o „wyprzedzającym uderzeniu wojsk polskich”, stwierdzając, że gdyby nie ofensywa Polska, w czerwcu bolszewicy pomaszerowaliby na Warszawę. I było to prawdą. Tuchaczewski już gromadził armię; rozkazy nakazywały mu osiągnąć gotowość do uderzenia na początku maja. Jednak dezorganizacja państwa i złe funkcjonowanie kolei opóźniły koncentrację wojsk. Polacy ubiegli bolszewików i uderzyli pierwsi podnosząc sprawę Ukrainy. Mogliśmy oczywiście czekać na Armię Czerwoną – niech ona pierwsza uderzy. Politycznie byłoby to może zręczniejsze, chociaż bolszewicy i tak znaleźliby jakikolwiek pretekst; ogłosiliby, że to Polacy pierwsi zaczęli strzelać, tak jak ogłosił to Hitler w 1939 roku. I kto by to sprawdził?

Dziś ocenia się, że Bitwa Warszawska została wygrana dzięki specjalnej taktyce. Tylko że panuje spór – jedni mówią, że tym genialnym taktykiem był Józef Piłsudski, a inni, że był nim szef Sztabu Generalnego WP, Tadeusz Rozwadowski. Kto Pana zdaniem jest autorem sukcesu?

Kiedy bitwa toczy się na tak wielkiej przestrzeni - od Wieprza po Prusy Wschodnie – trzeba mówić nie o taktyce, a o strategii. Naczelny Wódz i szef Sztabu Generalnego – muszą mieć talenty strategów, nie taktyków. Muszą w swoich rozważaniach uwzględniać całość frontu, wszystkie jego odcinki a nie gubić się w poszczególnych bitwach. Spór, o który pani pyta, trwa od stu lat. W moim przekonaniu jest to spór zupełnie bezsensowny i mogą go prowadzić ludzie, którzy nie znają realiów wojska i zasad, jakimi wojsko się kieruje. W wojsku dowodzenie jest zawsze jednoosobowe. Nieważne, jakie ma pomysły szef sztabu. Ważne, jakie pomysły zaakceptuje i wybierze do realizacji Naczelny Wódz. To on decyduje, a nie szef sztabu. Rola szefa sztabu polega na podpowiadaniu i na opracowaniu tego co Wódz Naczelny mu zleci. W tym sensie generał Rozwadowski spełnił swoją funkcje znakomicie. Też był zwolennikiem uderzenia, tylko rozważał płytsze uderzenie, gdzieś z rejonu Mińska Mazowieckiego. W każdym razie różne były kalkulacje, różne warianty brano pod uwagę. Decyzję o tym, że uderzenie nastąpi znad Wieprza poprzedziła rozmowa Piłsudskiego z gen. Rozwadowskim. Naczelny Wódz musiał brać pod uwagę wszystkie okoliczności i możliwości jakie przedstawił mu szef sztabu, jak również wątpliwości gen. Weyganda, który był mocno sceptyczny wobec koncepcji uderzenia znad Wieprza. Mówił wprost, że to się nie uda, że nawet francuski żołnierz po 600 kilometrowym odwrocie nie byłby zdolny bez dłuższego odpoczynku do ofensywy zaplanowanej z takim rozmachem. Musiał być ktoś, kto wziąłby na siebie odpowiedzialność za taki ryzykowny manewr i wykazał dostatecznie wielką siłę charakteru i woli, aby go przeprowadzić.

A mówiono wtedy o Piłsudskim, że był niedołężny, że niefachowy.

Ach, wie pani. Różne rzeczy mówiono. Ileż snuto fantastycznych opowieści o tym gdzie to Piłsudski nie przebywał podczas bitwy.

Chodziły różne plotki.

W największym skrócie mogę powiedzieć, że istnieje wiele relacji dowódców, żołnierzy XIV Dywizji Piechoty, a więc wielkopolskiej, wcale nie legionowej, nie zwolenników Piłsudskiego, które opisują wizytę Naczelnego Wodza w dywizji na dwa dni rozpoczęciem ofensywy, jego rozmowy z żołnierzami. Piszą oficerowie wielkopolscy, że był zmęczony, przygaszony, to było widać z całej jego postaci. Ale kiedy ujrzał oddziały wielkopolskie, które stanęły na baczność, gotowe do walki, to twarz mu jaśniała. I swój zapał, przekonanie, że zwycięstwo jest możliwe, przelewał w wojsko. Był na miejscu, dokonywał przeglądu oddziałów kolejnych dywizji, nie spędzał czasu u żadnej kochanki – wyprzedzam tu te różne bzdury, jakie wypisują niektórzy „znawcy” bitwy nad Wisłą. Mamy to w relacjach, mamy w rozkazach. Ale żeby spuentować: jeśli mówimy, dajmy na to, o Powstaniu Listopadowym czy jakiś historyk twierdzi, że zawiódł Wojciech Chrzanowski? Albo że zawiódł Ignacy Prądzyński? Nie. Wszędzie historia podaje, że zawiedli Jan Skrzynecki i Jan Krukowiecki, bo to byli naczelni wodzowie i nieważne, co podpowiadali sztabowcy. Ważne jest jaką oni wybrali strategię, a wybierali najgorszą z możliwych, zaprzeczającą szkole napoleońskiej, na której przecież się wychowali. I dlatego i słusznie obarcza się ich winą za utracone szanse powstania. Weźmy historię I wojny światowej – wszędzie, na kartach podręczników zachodnich czy wschodnich przeczytamy, że zwycięzcą na froncie zachodnim jest marszałek Foch, a nie szef sztabu generał Weygand. Nic więc nie ujmując generałowi Rozwadowskiemu, który był znakomitym sztabowcem i był dobrym właśnie na ten czas, bo miał ogromną wolę zwycięstwa, w zwycięstwo wierzył, czasem nawet wyprzedzał myśli Piłsudskiego. Ale robił to, co przekazywał mu Naczelny Wódz. I jest to zawarte w korespondencji Rozwadowskiego do Piłsudskiego, kiedy wymienia, co zrobiono „zgodnie z poleceniem Pana Marszałka”. Ale decyzje podejmował Józef Piłsudski. Gdyby przegrał, to nie generał Rozwadowski byłby rozliczany przez historię. Skoro zwyciężył, to chwała również spada na niego – na Piłsudskiego. Aczkolwiek o generale Rozwadowskim musimy pamiętać. Podobnie jak o generale Hallerze, który mobilizował społeczeństwo. Nie byłoby takiego zwycięstwa, gdyby nie wysiłek tej trójki. Przy czym marszałek Piłsudski jako Naczelny Wódz ponosił odpowiedzialność – mówiąc słowami Konstytucji kwietniowej – przez Bogiem i historią. I jego by rozliczano za klęskę.

O Bitwie Warszawskiej mówi się też Cud nad Wisłą, uznając interwencję Jasnogórskiej Matki Bożej. Tego historycy nie badają?

To raczej domena kościoła; historyk nie ma takiego przygotowania, żeby oceniał, co jest cudem, a co nie. Jeżeli mówimy o cudzie, to na zachodzie, sam generał Weygand pisał w swoich wspomnieniach, że za cud uważał odrodzenie wojska, które po 600-kilometrowym odwrocie rusza do natarcia i miażdży przeciwnika. Kiedy swego czasu dyskutowano o manewrze znad Wieprza, Weygand powiedział, że czegoś takiego nie potrafiłby zrobić nawet żołnierz francuski, de facto mówił, że tego nie potrafi zrobić nikt. Po zwycięstwie, pełen uznania i zachwytu pisał, że to było możliwe jedynie pod marszałkiem Piłsudskim – to jego wpływ na wojsko był tak ogromny, że wojsko w krótkim czasie przeobraził i przygotował do kontrofensywy. Oczywiście, sprawa była bardziej skomplikowana i więcej było czynników, które za tym przeobrażeniem wojska stały. Ale na pewno też rola Naczelnego Wodza, który jest na froncie, który odwiedza XIV Dywizję, odwiedza XV i XXI Dywizję, który mobilizuje dowódców, była niezmiernie ważna. Nie mają racji historycy, którzy twierdzą, że Piłsudski powinien z Warszawy dowodzić. Tuchaczewski dowodził ze Smoleńska. I widać, czym to się skończyło. Tę wojnę toczono w warunkach diametralnie odmiennych od dzisiejszych, kiedy informacja dochodzi natychmiast. Wówczas takiej łączności nie było, rozkazy docierały czasem nawet z dwudniowym opóźnieniem. A ogromne tempo polskiej ofensywy, które zadecydowało o klęsce Armii Czerwonej, zawdzięczamy między innymi marszałkowi Piłsudskiemu, który popędzał dowódców: „Nie oglądajcie się na tyły, na swoje skrzydła! Macie iść do przodu, ciągle do przodu! W tym leży klucz zwycięstwa”. Tuchaczewski był zaskoczony tempem marszu wojsk polskich znad Wieprza. Zanim się zorientował, zanim rozkazy dotarły nad Wisłę, najczęściej były już nieaktualne, bo położenie w międzyczasie uległo diametralnej zmianie. Wszystko to przypieczętowało klęskę Armii Czerwonej i przyczyniło się do cudu nad Wisłą.

Podobno nazwanie tej bitwy Cudem nad Wisłą, świadczącym o boskiej interwencji miało w pewnym sensie odebrać Piłsudskiemu glorię zwycięstwa. Tak przynajmniej chcieli jego wrogowie.

Raczej chciano tę glorię przypisać generałowi Weygandowi, który się od tego odżegnywał. Bardzo wyraźnie i dobitnie napisał potem: „To był plan polski i myśl polska. Myśmy tylko wprowadzili parę poprawek, mniej istotnych. Ale to Polacy ten plan opracowali”. Natomiast nie można lekceważyć wpływu wiary na postawę polskiego wojska! Proszę pamiętać, że ówczesny żołnierz był bardzo religijny. Wtedy społeczeństwo też inaczej podchodziło do wartości duchowych, religijnych niż dzisiaj. Dobry, oddany swej pracy kapelan wojskowy odgrywał wówczas ważną rolę nie tylko jako kapłan sprawujący posługę religijna, ale też jako autorytet moralny wpływający na nastroje oddziału, wsparty powagą Kościoła. Mamy piękny przykład księdza Skorupki poległego pod Ossowem w obronie Warszawy, ale wielu było kapelanów, dzisiaj już zapomnianych, którzy swoją postawą oddziaływali na żołnierzy. Zdarzało się, że z braku oficera obejmowali dowództwo nad oddziałem, nie po to, aby prowadzić do walki, ale by go uporządkować, wyprowadzić go z niebezpieczeństwa. To było wojsko w swej masie mocno odczuwające potrzebę odwołania się do opatrzności przed walką. Jeden z oficerów opisał, jak w trakcie ostatniej polskiej ofensywy na południu, podczas zagonu Korpusu jazdy na Korosteń, po dotarciu nocą pod to miasto, ułani jak jeden mąż zeszli z koni, klęknęli i odmówili Litanię do Matki Bożej. Bez księdza, bez niczyich ponagleń. Chwilę potem chwycili karabiny w garść, ruszyli do walki i odnieśli świetne zwycięstwo. A zatem czynnik religijny też należy brać pod uwagę, kiedy mówimy o zwycięstwie nad Wisłą. Istotny był zapał społeczeństwa, gotowość rozbudzona między innymi przez generała Hallera, który organizował zaciąg ochotniczy i potrafił wspaniale mobilizować do walki. Był generał Rozwadowski, szef sztabu, który doskonale odegrał swoją rolę. I Wódz Naczelny, który potrafił udźwignąć wielką odpowiedzialność jaka spadła na jego barki, wybrał ryzykowny wariant kontrofensywy, ale jedyny dający szansę rozbicia głównych sił nieprzyjaciela i co więcej konsekwentnie go zrealizował. Szczęśliwie się to wszystko razem zbiegło. A do tego doszły błędy bolszewików, którzy byli tak przekonani o zdobyciu Warszawy, że przygotowali już rozkazy do mieszkańców zdobytego miasta, grożąc karą śmierci za każdy zamach na czerwoną władzę.

Bitwa Warszawska 1920 roku. Trzy dni, które uratowały Europę...

Niemniej Polska wizerunkowo przegrała na zachodzie. Zaczęliśmy być postrzegani jako agresor i imperialista. Zachód nie rozumiał bolszewickiego zagrożenia, no i Rosjanie tak zarządzali propagandą, że wynikało z niej, iż to Polacy zabijali rosyjskich jeńców, którzy w obozach umierali na różne choroby.

To wymysł rosyjskiej propagandy, która zareagowała wówczas, kiedy Moskwa musiała przyznać się do zbrodni w Katyniu i innych miejscach kaźni. Wybrano taką strategię, aby Katyń usprawiedliwiać odwetem za rzekome wymordowanie czy zagłodzenie dziesiątków tysięcy czerwonoarmistów w polskich obozach jenieckich. W rzeczywistości w 1920 r. na froncie żołnierz polski głodował, głodowało społeczeństwo w zniszczonym przez wojnę kraju. Nie byliśmy w stanie zapewnić jeńcom takich wygód i racji żywnościowych. Prawda jest taka, że żołnierz w obozie dostawał niewiele mniej niż żołnierz na froncie. W wojsku, również polskim, podobnie jak i w kraju, panowała ogromna bieda; przymierano głodem. Obfite żniwo zbierały epidemie, zwłaszcza grypa tzw. „hiszpanka” i tyfus. Nie sposób było zapewnić jeńcom lepszych warunków. Na zachodzie przegrywaliśmy wizerunkowo po pierwsze dlatego, że na zachodzie była silna lewica, która nie wiedząc, czym jest bolszewizm, bezkrytycznie go popierała. Aż do Węgier 1956 roku. Wówczas nastąpiło otrzeźwienie i wielu ludzi wystąpiło z partii komunistycznych. Ale do 1956 roku wierzono Moskwie bezkrytycznie. Lenin nazywał takich ludzi pożytecznymi głupcami. Mówił: „Trzeba ich wykorzystywać, bo uwierzą we wszystko, co im powiemy”. A poza tym już wtedy bolszewicy stosowali sponsorowane artykuły. Mając zapas carskiego złota po prostu kupowali dziennikarzy, którzy wypisywali androny, o tym, jak to dobrze jest w Rosji sowieckiej, jak agresywni są Polacy. Korzystali bezkrytycznie z materiałów dostarczonych przez bolszewików, a hasła propagandowe Moskwy brali za rzeczywistość.

O czym dzisiaj, ze współczesnej perspektywy, powinniśmy pamiętać przy okazji 101 rocznicy Bitwy Warszawskiej?

Przede wszystkim powinniśmy pamiętać, że nigdy nie należy opuszczać rąk. Nadzieja na zwycięstwo zwielokrotnia siły i często niemożliwe czyni możliwym, zwątpienie to pierwszy krok do klęski. Po drugie – zawsze trzeba uważać na naszego sąsiada ze wschodu, który od wielu pokoleń uprawia politykę zmierzającą do wasalizacji lub likwidacji Polski. Przynajmniej znaczącej części rosyjskich polityków trudno rozstać się z myślą, że Polska wyszła ze trefy wpływów Moskwy. Jest takie rosyjskie powiedzenie: Moskwa to trzeci Rzym; czwarty nigdy nie powstanie. Dla wielu rosyjskich patriotów jest Moskwa kontynuacją Bizancjum, czyli właśnie trzecim Rzymem; z tego wypływają hasła, skojarzenia, które musza niepokoić sąsiadów.
Powinniśmy brać pod uwagę wszystkie doświadczenia i uwarunkowania naszej historii, zalety, ale i zagrożenia wynikające z naszego położenia geograficznego, na styku wschodu i zachodu. I trzecia sprawa – zgoda i wspólne działanie zawsze wiodą ku pożytkowi. Kłótnie i spory, nawet usprawiedliwiane najszczytniejszymi hasłami, niczego dobrego nie dają. Gdy w roku 1920 nasi przodkowie byli podzieleni, zapiekli we wzajemnych niechęciach, gdyby do głosu doszły partyjne animozje, nie byłoby zwycięstwa nad Wisłą i znikłaby z mapy Europy II Rzeczpospolita.

Załoga karabinu maszynowego na pozycji

Cud nad Wisłą? Bitwa Warszawska 1920 roku zmieniła historię Polski

Kto uprawia ekościemę?

Wideo

Materiał oryginalny: Prof. Janusz Odziemkowski: Nie byłoby zwycięstwa nad Wisłą, gdyby do głosu doszły partyjne animozje - Polska Times

Komentarze 1

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

T
Tępy Wsion
całą Europę tedy ocalono.

na czas jakiś.

niestety tylko czas jakiś.

a jakeśmy już Polskę znów spod odnóży bolszewii wydarli i odbudowali, to lewaccy zboczeńcy pod wodzą małego onanisty co rusz ją atakują, rozkradają, niszczą.
Dodaj ogłoszenie