Obejrzyj wideo: Nowe przepisy dotyczące latania dronami
Postępowanie dotyczące okoliczności, w jakich doszło do wypadku na jeziorze Jezuickim prowadzą policjanci Komendy Miejskiej Policji w Bydgoszczy.
- Wykonujemy czynności sprawdzające w kierunku artykułu 212, paragraf, punkt 1a ustawy Prawo Lotnicze - mówi komisarz Przemysław Słomski, z zespołu prasowego Komendy Wojewódzkiej Policji w Bydgoszczy. - Nadzór nad postępowaniem sprawuje prokuratura.
Śledczy mają zbadać, czy pilot motolotni, którego uratowano w niedzielę po wpadnięciu do lodowatej wody jeziora w Pieckach, miał prawo latać w tak zwanym obszarze CTR (skrót z języka angielskiego oznaczający strefę kontrolowaną lotniska). Za złamanie przepisu dotyczącego lotu na takim obszarze grozi nawet do pięciu lat pozbawienia wolności.
Pilot miał wielkie szczęście, bo gdyby nie obecność morsów w pobliżu miejsca, w którym wpadł do wody, zdarzenie mogłoby zakończyć się tragicznie.
To Cię może też zainteresować
- Mężczyzna leciał na paralotni i dzięki temu nie poszedł na dno, bo maszyneria unosiła go na powierzchni. Na miejscu byli ludzie z bydgoskie morsy, to oni pierwsi mu pomogli, rzucili liny, podpłynęli kajakami, wezwali pomoc - relacjonuje nasza Czytelniczka, która była świadkiem całego zdarzenia.
Ta "maszyneria", o której mowa, to czasza skrzydła nośnego, która szczęśliwie opadła na oblodzony obszar jeziora. Po naszej publikacji dotyczącej tego zdarzenia, przebieg zdarzeń przedstawił też Bydgoski Klub Morsów:
- Paralotniarz wpadł do wody. Lód był zbyt cienki, żeby po nim przejść, a jednocześnie zbyt gruby, żeby można było swobodnie dopłynąć łodzią. Członkowie naszego klubu jako pierwsi usiłowali dotrzeć do tonącego paralotniarza, którego stelaż z silnikiem powoli wciągał pod lód. Z pomocą pospieszyły morsy z sąsiedniej plaży oraz profesjonalny ratownik medyczny, wskutek czego wspólnymi siłami udało się uratować życie człowieka. Każdy pomagał jak mógł - napisali działacze Bydgoskiego Klub Morsów.
Niebezpieczny manewr
Lot w strefie CTR, co podkreśla z kolei Adam Stelmach ze Szkoły Latania, to szczególny rodzaj lotu, który co do zasady bywa niedostępny paralotniarzom i pilotom motolotni.
- Nie chcę, rzecz jasna, odnosić się do tej konkretnej sytuacji - mówi Stelmach. - Bardzo trudno zdobyć zgodę na lot w obszarze CTR, bo w takiej przestrzeni poruszają się statki powietrzne wyposażone w transpondery, czyli muszą być dobrze widoczne na radarze, muszą mieć odpowiednie radio z możliwością rozmawiania z wieżą kontroli lotów. Generalnie w CTR-ach lotnie nie latają. Byłoby to zbyt skomplikowane.
Pilot, który wylądował w jeziorze, chwilę przed wpadnięciem do wody leciał bardzo nisko, niemal dotykając stopami powierzchni akwenu.
-
Lot na niskiej wysokości, szczególnie nad wodą jest niezwykle ryzykowny, ponieważ kiedy dojdzie do jakiejś usterki silnika, pilot właściwie jest skazany na utonięcie - mówi instruktor latania. - Faktycznie możemy mówić o cudzie, czy też zbiegu okoliczności, że akurat w miejscu, w którym doszło do wypadku, był ktoś, kto mógł pośpieszyć z pomocą.
Odczepienie taśm jest w wodzie prawie niemożliwe. Taki pilot musiałby zachować niezwykłe opanowanie, spokój i być może wcześniej przećwiczyć podobne rzeczy na basenie, by potem móc wykonać je w sytuacji stresu. Już nawet lądowanie bez silnika na wodzie jest niezwykle niebezpieczne i dochodziło do groźnych wypadków - dodaje Stelmach. - Niskich przelotów, np. poł metra nad ziemią się po prostu nie robi.
