Kowbojskie wejście zakonnika

Adam Luks
Janusz S. naciągał instytucje kościelne w całej Polsce, ale na dwóch kujawsko-pomorskich klasztorach połamał sobie zęby. Bernardyn ze Skępego załatwił oszusta w westernowym stylu, zaś karmelita z Trutowa, klasycznie, pogonił go w diabły.

Janusz S. naciągał instytucje kościelne w całej Polsce, ale na dwóch kujawsko-pomorskich klasztorach połamał sobie zęby. Bernardyn ze Skępego załatwił oszusta w westernowym stylu, zaś karmelita z Trutowa, klasycznie, pogonił go w diabły.

<!** Image 2 align=none alt="Image 44250" sub="Kiedy Janusz S. proponował przez telefon nakręcenie filmu o klasztorze w Trutowie, nawet się nie zająknął na temat pieniędzy. Dopiero na miejscu, po kilku godzinach zdjęć, wyłożył kawę na ławę.">- I wtedy proboszcz huknął: won mi stąd, obwiesie! Mówię panu, zwiewali, mało tej kamery nie pogubili. A proboszcz za nimi wołał: ja wam dam dwa tysiące, oszusty, za obiad jeszcze mi powinniście zapłacić, i za prąd, coście go pół dnia czerpali, i za to, że w ogóle pozwoliłem ten święty przybytek filmować! - Danuta Kruszyńska, gospodyni ojców karmelitów z podlipnowskiego Trutowa, składa ręce jak do modlitwy i z wypiekami na twarzy dodaje szeptem: - Ależ ja dumna z naszego proboszcza byłam.

Prokuratura w Lipnie postawiła Januszowi S., byłemu dziennikarzowi Telewizji Polskiej, który przez lata specjalizował się w tematach dotyczących życia Kościoła, aż dwadzieścia zarzutów. Mężczyzna wyłudzał pieniądze od zakonników w całej Polsce - od Sandomierza po Gietrzwałd. Akt oskarżenia mówi o kilkunastu oszustwach dokonanych. I tylko jednej próbie.

- Ta próba to właśnie u nas, w Trutowie - cieszy się Danuta Kruszyńska. - Tylko nasz ojciec Skawroń nie dał się wystrychnąć na dudka. Pogonił w diabły naciągacza.

Wizyta jak thriller

Ojciec Jerzy Skawroń, przeor miejscowego klasztoru Karmelitów, zrobił się podejrzliwy, gdy jego gość tylko napomknął o kosztach. Nie taka była umowa. Kiedy Janusz S. proponował przez telefon nakręcenie filmu o biedniutkim klasztorze w Trutowie, nawet się nie zająknął na temat pieniędzy. Dopiero na miejscu, po kilku godzinach zdjęć, wyłożył kawę na ławę. Że to znakomita promocja. Że film zostanie wyemitowany w telewizji. Że on to z dobrego serca, ale operatorowi się przecież należy za ciężką pracę.

- Tak właśnie działał Janusz S. - mówi Alicja Cichosz z Prokuratury Rejonowej w Lipnie. - Większość przestępstw popełnił według tego samego scenariusza.

Towarzyszyli mu zwykle operator kamery i asystent, którego S. przedstawiał jako swojego syna. Zarzuty postawiono tylko Januszowi S.

- Podejrzany bazował na swojej reputacji i nazwisku znanym w środowisku kościelnym - dodaje prokurator Cichosz. - Mimo że od pewnego czasu nie pracował już w telewizji, posługiwał się służbową legitymacją oraz identyfikatorem. Był wiarygodny.

W końcu szczęście oszusta się wyczerpało. Trafił na ojca Skawronia. Duchowny nie zauważył, by operator wyrywał sobie rękawy. Śniadanie zresztą w międzyczasie dostał. I obiad. Za co tu nagle dwa tysiące? Zakonnik nie miał zresztą wolnej gotówki. Postanowił zasięgnąć opinii sąsiadów z pobliskiego klasztoru Bernardynów.

- Proboszcz powiedział, że dzwoni do Skępego - opowiada z przejęciem Danuta Kruszyńska. - Wtedy ten w okularkach zbladł. Jąkał coś, żeby tylko nie do Skępego, bo tamtejszy gwardian to wariat. Nie wariat, tylko demaskator!

<!** reklama left>Po kilku chwilach rozmowy ojciec Skawroń wiedział już, że gwardian klasztoru Bernardynów w Skępem zaledwie dzień wcześniej miał tych samych gości. I że ta wizyta nie była przyjemna. Mało tego, przypominała niezły thriller szpiegowski.

Janusz S. po raz pierwszy zawitał do skępskiego klasztoru w maju 2006 roku. Wcześniej umówił się telefonicznie. Zgodnie ze sprawdzonym planem, zaczął od długich ujęć wiekowych murów, restaurowanej właśnie kaplicy, samego gwardiana, ojca Bolesława Opalińskiego. Potem była gadka o wartości promocyjnej filmu i zapewnienia, że materiał zostanie wkrótce wyemitowany w TVP. Na koniec zapoznanie z cennikiem usług: 2 tysiące teraz, drugie tyle w późniejszym terminie.

- Mamił, obiecywał, brał pod włos - opowiada ojciec Opaliński. - Mówił, że przecież za pracę należy się zapłata. Trudno się z tym nie zgodzić.

W końcu gwardian dał się naciągnąć na pierwszą ratę.

- W nocy nie mogłem spać - wspomina. - Bo te pieniądze nie należały przecież do mnie. Ja nie posiadam nic, reguła zakonna nakazuje mi ubóstwo. Uświadomiłem sobie, że przekazałem pieniądze wiernych zupełnie obcemu człowiekowi. Poprosiłem jednego z braci, żeby sprawdził nazwisko S. w Internecie.

Ech, to moje miękkie serce

Zakonnicy trafili na ostrzegawczy komunikat rzecznika prasowego Telewizji Polskiej. „W związku z dochodzącymi do TVP sygnałami (...) oświadczamy, że Pan Janusz S. nie jest naszym pracownikiem i nie przygotowuje na zlecenie żadnej z redakcji TVP materiałów filmowych.”

- Trzeba działać - postanowił ojciec Bolesław.

- Zareagowałem trochę jak kowboj. Zadzwoniłem do pana S. i poprosiłem o kilka dokrętek. Dodałem, że uregulujemy przy okazji interesy - opowiada zakonnik.

Janusz S. pojawił się punktualnie. Ojciec Opaliński przywitał się grzecznie, zaprosił do środka, a po chwili wystrzelił: - Albo oddajesz forsę, oszuście, albo wyjeżdżasz z klasztoru bez kamery.

- Może być i tak, że wcale nie wyjedziesz, rzuciłem, widząc, że mój pomocnik dobrze się spisał i blokuje właśnie bramę samochodem - snuje z dużym talentem oratorskim ojciec Bolesław, znany w zakonie ze swojej miłości do teatru. - Ten wtedy w lament, że świństwo mu zrobiłem, a w ogóle to chyba oszalałem. Kamera warta ze 30 tysięcy, a samochód tyle, że nawet sobie nie wyobrażę. Po chwili zmienia taktykę. Jakby w końcu doszło do niego, że ktoś go za rękę złapał. W skruchę uderza. Poprawę obiecuje...

<!** Image 3 align=right alt="Image 44250" sub="Danuta Kruszyńska, gospodyni ojców karmelitów z Trutowa: - Proboszcz huknął: won mi stąd, obwiesie!">- No i w końcu odpuściłem - dodaje po długiej chwili milczenia duchowny. - Ech, to moje miękkie serce.

Zakonnikowi nawet nie przyszło do głowy, że już następnego dnia Janusz S. będzie testować swój bajer w pobliskim Trutowie. Telefon od sąsiada karmelity sprawił, że gwardian wyzbył się litości. Jako pierwszy z długiej listy poszkodowanych przez Janusza S. zawiadomił o procederze organa ścigania.

Do akcji wkroczyła lipnowska prokuratura. Po kilku miesiącach gotowa była długa lista poszkodowanych i wielostronicowy akt oskarżenia. Ogólnopolska prasa poużywała sobie na oszuście, ale oberwało się też duchownym. Padło kilka mocnych słów. Na przykład „łapówki.” Nazywanie naiwności łapówkarstwem jest, przynajmniej w kilku przypadkach, nieporozumieniem. Chociaż...

Przygotowując ten tekst, telefonowaliśmy do oszukanych instytucji kościelnych w różnych częściach kraju. Spotkaliśmy się głównie z odgłosem rzucanych słuchawek. Nie da się ukryć, że dla sporej części poszkodowanych ujawnienie tej afery okazało się, delikatnie mówiąc, kłopotliwe. Trudno oprzeć się wrażeniu, że są wśród ofiar Janusza S. osoby, które wolałyby, aby sprawa nie ujrzała światła dziennego.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie