Malarz Tomasz Sętowski: Sztuce trzeba się poświęcić

Anita Czupryn
Anita Czupryn
Tomasz Sętowski: Nigdy nie miałem wielkich, wybujałych marzeń czy ambicji. Bardziej w działaniu kierowałem się planami. Nie wybiegałem zbyt dalekosiężnie
Tomasz Sętowski: Nigdy nie miałem wielkich, wybujałych marzeń czy ambicji. Bardziej w działaniu kierowałem się planami. Nie wybiegałem zbyt dalekosiężnie Jacenty Dędek
Wiedziałem, że nie chcę iść drogą łatwych efektów malarskich, których uczono, czyli chlapnięcia, maźnięcia i tym podobne. Chciałem kroczyć drogą trudną i taką też obrałem: chodziło mi o to, aby rzetelnie nauczyć się warsztatu, co nie zawsze uczelnia mi gwarantowała – mówi malarz Tomasz Sętowski.

Imaginarium to inaczej nierzeczywisty, wyimaginowany świat; świat wyobraźni. Ale „Imaginarium Sętowski” oznacza przepiękny album, wydany przez wydawnictwo Melanż z okazji 60 rocznicy urodzin i 40 lat Pana artystycznej działalności. Zawiera 300 najciekawszych Pana prac, rysunki a także prywatne fotografie. Co zdecydowało o takim a nie innym wyborze?

Selekcja prac była niezbędna, bo gdybym chciał przedstawić 40 lat mojej artystycznej pracy, to ten album byłby 10 razy grubszy. Krótko mówiąc, gdybym zdecydował się na retrospektywny przegląd prac, to byłoby opasłe tomisko. W istocie album zawiera prace z ostatnich 15 lat – 20 lat, a raczej kwintesencję moich działań z tego okresu i uważam, że rzeczywiście wybrane zostały najciekawsze. Chodziło też o to, aby nie zamęczyć widza ich mnogością. Do 40-lecia mojej pracy artystycznej nawiązują zaś szkice, bo to one pochodzą z tego przedziału czasowego.

Ludzie na całym świecie zakochują się w Pana obrazach. Niektórzy mówią, że maluje Pan chyba 24 godziny na okrągło.

Nie wiem, czy istnieje artysta, który malowałby 24 godziny bez przerwy. Choć przecież znamy prawdziwych tuzów pracowitości, takich mistrzów jak Leonardo da Vinci czy Michał Anioł.

Pan nie uważa, że jest pracowity? Trudno w uwierzyć, patrząc na dokonania.

Każdy artysta, który działa na dużą skalę, zdobywa rynki sztuki, a ja, nieskromnie mówiąc, zaliczam się do tych, którzy coś osiągnęli, to wie, że nie ma innej opcji, jak pracowitość. Proszę spojrzeć na twórczość Franciszka Starowieyskiego, Jerzego Dudy-Gracza czy Zdzisława Beksińskiego – to moje wielkie autorytety na rynku polskim. Wszyscy oni – tak byśmy dziś powiedzieli – byli pracoholikami. Ale moim zdaniem, to nie jest właściwe słowo, bo pracoholizm kojarzy się negatywnie, nie jest twórczy. Natomiast wszyscy wymienieni przeze mnie artyści byli bardzo pracowici i wynikało to z ich potrzeby wypowiedzenia się. To było w ich wypadku naturalne i jest naturalne w moim wypadku. Taki kierunek obrałem, praca przychodziła mi czasem trudniej, czasem łatwiej, ale był to świadomy wybór drogi trudnych efektów malarskich. Tylko, że one z czasem stały się łatwymi, bo wypracowałem pewną zdolność malowania.

Jeśli wspomniał Pan Leonarda da Vinci, to nie sposób nie zapytać o Pana obraz pod tytułem „Cztery oblicza Leonarda”, który otwiera Pana album; znalazł się na okładce. Tylko… gdzie są te cztery oblicza? Znalazłam nawiązania do trzech słynnych dzieł: Do Mony Lisy, do Człowieka witruwiańskiego i Maszyny Latającej. Co jest tym czwartym obliczem Leonarda na Pana obrazie?

Szczerze mówiąc, tych oblicz Leonarda można by doszukać się o wiele więcej, bo wiemy, jak wszechstronny był to artysta. Ale tym istotnym elementem w moim obrazie jest architektura; wiadomo, że Leonardo da Vinci był też architektem i te charakterystyczne dla niego florenckie mosty umieściłem na obrazie. Zwróciła pani uwagę, że Leonardo był rysownikiem, bo Człowiek witruwiański to element rysunku. Maszyna latająca oznacza konstruktora. Zatem: architekt, rysownik, konstruktor i malarz. To, rzec można jego podstawowe umiejętności; nie wspominam tu już o medycynie, o biologii i innych zainteresowań, które można wymieniać, a które zajmowały mu wiele czasu. Dla mnie Leonardo był przede wszystkim malarzem. Gdyby skupił się tylko na malowaniu, to myślę, że wówczas bardziej by się zapisał w historii jako malarz. A tak mówimy o człowieku renesansu, który był niezwykle wszechstronny. Mój obraz powstał z okazji 500 rocznicy śmierci Leonarda da Vinci, która przypadała na 2 maja 2019 roku. Chciałem w ten sposób zaznaczyć swoją interpretację dzieł Leonarda. Obraz spotkał się z ogromnym odzewem. Wywołał wielką falę zainteresowania. Stąd też, pomyślałem, że powinien się znaleźć na okładce albumu, aby zaznaczyć ów dialog między mną a wielkim mistrzem, którego tak doceniam i szanuję. Artyści renesansu, z Leonardem i Michałem Aniołem, od młodości byli i nadal są dla mnie wskazówką, jeśli chodzi o to, czego chcę w sztuce dokonać i w jakim kierunku iść.

Rzeczywiście architektura – ta malarska, wyśniona – to Pana znak rozpoznawczy. Bardzo często na Pana obrazach pojawiają się miasta, jak ze snu. A zatem Pan jest architektem snu?

To sformułowanie jest mi bliskie. O architekturze snu w moich obrazach mówił swego czasu Łukasz Radwan, dziennikarz i krytyk sztuki, z którym kiedyś rozmawiałem.

Radwan pisał też, że Pan w przeciwieństwie do surrealistów nie wyrzuca z siebie wszystkiego, co się Panu przyśniło, tylko jest jak architekt, który wszystko wcześniej precyzyjnie i skrupulatnie zaprojektował.

Architektura w ogóle to obszerny temat. Ale trafne jest to, co mówi o moich obrazach Radwan i dlatego mi się spodobało, bo architekt to człowiek, który najpierw precyzyjnie rozrysowuje wszystko na desce (teraz pewnie już za sprawą komputera), a potem to, co opracował podlega realizacji. W moim malarstwie jest podobnie. Dlatego to mnie odróżnia trochę od innych surrealistów, którzy, jak gdyby spontanicznie rejestrowali sny i element improwizacji był u nich dużo większy niż u mnie. U mnie faktycznie wszystko jest zaplanowane; pomysł jest precyzyjnie opracowany, rozrysowany jak u architekta na dece i tej improwizacji jest trochę mniej. Od początku wiem, jak obraz będzie wyglądał, jak powinien wyglądać i do tego dążę.

Skąd ten motyw budowania miast, skąd te wizje miast na Pana obrazach?

To dłuższa historia, której opowieść musiałaby obejmować, jak wpadłem na tego rodzaju trop budowania postaci i form różnego typu pochodzącego z architektury. Trzeba by tu też przywołać historię sztuki, bo wiadomo, artysta czy początkujący, czy dojrzały, wychowuje się w duchu tej sztuki, która była. Paradoksalnie dla mnie inspiracją, zaczynkiem tego, że zacząłem malować kompozycje architektoniczne był Gustav Klimt. Ktoś mógłby powiedzieć, patrząc na moje obrazy, że one z Klimtem niewiele mają wspólnego. Rzeczywiście – ale to rozdrobnienie form, które u niego na obrazach występuje, owe suknie, które tak bogato zdobił, ja zamieniłem na architekturę. Początkowo korzystałem z architektury klasycznej, czyli sięgałem do Renesansu, do Baroku, do architektury włoskiej. Później wszedłem w sferę improwizacji na ten temat. Czyli ta architektura stała się konglomeratem wszystkich stylów, można powiedzieć, że stała się bardziej eklektyczna. Łączyłem architekturę dawną ze współczesną i w tym miksie wyszła właśnie taka kombinacja.

Baśniowa.

Tak jest. Wymyślona. Baśniowa.

Przy tej okazji chcę zapytać o Pana obraz, którego baśniowość ma zostać urzeczywistniona. Chodzi o Moon Tower, który ma być nowym architektonicznym klejnotem Dubaju. Podobno architekci przy jego projektowaniu zainspirowali się właśnie Pana obrazem. Jak to było?

W Emiratach Arabskich działałem dosyć długo. Miałem tam szereg wystaw, które organizowane były przy współudziale firm, które mnie promowały i z którymi współpracowałem. Między innymi z Rolls-Roycem, czy firmami reklamowymi, które rozpropagowały moją sztukę przez wydawnictwa na tamtym rynku, a konkretnie w Dubaju. Dubaj i Abu Dhabi – te dwa miasta były głównym polem mojego działania, w tych miastach odbywały się wystawy, które cieszyły się sporym zainteresowaniem. Tam też zetknąłem się z możnowładcami, których szumnie nazywa się szejkami. Zostałem dostrzeżony, moje obrazy również, zacząłem być zapraszany do szeregu innych działań, jak na przykład wykłady na uniwersytecie w Abu Dhabi. W efekcie różne wpływowe osoby kupiły moje obrazy, a wśród nich właśnie obraz pod tytułem Księżycowe miasto. Tamtejsza prasa bardzo ten obraz komentowała. Doszły do mnie informacje, że mój obraz był inspiracją do powstania hotelu, za projekt którego wzięli się architekci. Oczywiście w takiej sytuacji artysta jest zawsze na końcu. Moja rola skończyła się na tym, że namalowałem ten obraz.

Ogląda się Pan czasem za siebie i wraca do początku, kiedy rodziło się w Panu powołanie? Kiedy odkrył Pan w sobie, że malowanie to jest to, co Pan chce robić? I czy zawsze Panu było blisko do surrealistów, do realizmu magicznego?

Odpowiem od końca: zamiłowanie do sztuki fantastycznej zrodziło się u mnie bardzo wcześnie. Byłem nastolatkiem i w ogóle nie myślałem o tym, że będę studiował malarstwo.

Jak to? Widziałam chyba pierwszy Pana surrealistyczny rysunek - powstał, gdy był Pan 3-letnim chłopcem.

To prawda, że od dzieciństwa ów realizm magiczny kłębił się w mojej głowie, ale sens swojego powołania zrozumiałem w momencie, kiedy trafiłem na studiach. Nie kończyłem liceum plastycznego, tylko ogólnokształcące. W szkole średniej dojrzałem do tego, że chcę studiować sztukę. A że w Częstochowie, w której mieszkałem, była uczelnia artystyczna, to tu zdawałem egzaminy. Bardzo trudno wtedy było dostać się na uczelnię artystyczną – na kierunek artystyczny, na ledwo 20 miejsc aspirowało 120 osób. Zdałem. To był ważny krok w moim życiu. Na studiach uzmysłowiłem sobie, że chcę robić coś zupełnie innego, niż to, co proponują wykładowcy.

Skądinąd wiem, że miał Pan na uczelni pod górkę. Wykładowcy niechętnie patrzyli na Pana poczynania.

Tak było rzeczywiście. Ale z tego były też korzyści – wiedziałem, że nie chcę iść drogą łatwych efektów malarskich, których uczono, czyli chlapnięcia, maźnięcia i tym podobne. Chciałem kroczyć drogą trudną i taką też obrałem: chodziło mi o to, aby rzetelnie nauczyć się warsztatu, co nie zawsze uczelnia mi gwarantowała. Natomiast miałem to szczęście, że w Częstochowie jest mekka malarzy figuratywnych; to jest bardzo silne środowisko artystyczne. Kiedyś powiedziałem, że Częstochowa to jest polska Florencja. Może trochę na wyrost, a może niekoniecznie, bo coś w tym jest. Uważałem się za szczęściarza - miałem na kim się oprzeć i miałem możliwość edukacji poza uczelnią, stykając się z tymi malarzami, którzy coś już osiągnęli. Był to wspomniany przeze mnie Duda-Gracz, był też Michalik i inni uznani artyści, którzy żyli ze sztuki i w latach 80. byli już znani i doceniani. Mogę powiedzieć, że to im zawdzięczam ten wstępny etap edukacji. Jak się okazało, idąc tą trudną drogą edukacji warsztatowej, doszedłem do tego, że później zacząłem realizować te rzeczy z pewną biegłością. Ponieważ trening czyni mistrza. Stąd dziś niektórzy dziwią się, że w tydzień potrafię namalować obraz, który wygląda, jakby był malowany miesiącami. To jest po prostu efekt wieloletniej pracy i praktyki.

Czego nauczyli Pana mistrzowie, tacy jak Duda-Gracz, Beksiński? Duda-Gracz o Pana artystycznej drodze napisał, że to była ciernista droga.

Wykorzystałem ten tekst, który był listem do mnie, za pozwoleniem mistrza i umieściłem go w jednym z wydanych albumów. Jerzy Duda-Gracz pochodził z Częstochowy, ale kiedy ja zacząłem studiować, to już go w tym mieście na stałe nie było. Oczywiście przyjeżdżał, miał swoje realizacje na Jasnej Górze, dzięki czemu mieliśmy okazje, żeby się spotkać. To, co napisał, było rzeczywiście dla mnie ważnym drogowskazem, swoistą instrukcją, na co mam uważać. Wtedy jeszcze nie miałem doświadczenia; mówił mi, jak wygląda sztuka. Nie ukrywam, że jego list do mnie pomógł mi w przekonaniu, że sztuce trzeba się, w taki a nie inny sposób poświęcić. Ale czerpałem też z doświadczeń innych artystów: z Picassa, czy Salvadora Dali. To, jak oni potrafili zadbać o własny wizerunek, było dla mnie cenną lekcją.

Dzisiaj Pana obrazy wiszą w galeriach obok obrazów Salwadora Dali i innych uznanych, wielkich artystów. Co to dla Pana znaczy?

Pewnie bym się nie znalazł pośród tych nazwisk, gdybym sam o to nie zadbał. Na pewnym etapie mojej drogi uwierzyłem w swoje możliwości. Wszystko się opiera na tym, czy wierzymy w siebie. Czy mamy tę pewność, że możemy coś zdziałać. Kiedy po raz pierwszy pojechałem do Nowego Jorku, zabrałem ze sobą w walizkę małe obrazki; chciałem je wystawić na targach sztuki. Nie miałem doświadczenia. Nie wiedziałem, jak ten rynek tam wygląda. Wiedziałem tylko, że to jest mekka sztuki. Kiedyś taką mekką był Paryż, a obecnie ów trend nowych kierunków i tego wszystkiego, co się dzieje w sztuce widoczny jest w Nowym Jorku. Nawet nie przypuszczałem, że ze swoimi obrazami, podczas gdy wówczas królował tam pop art, zostanę dostrzeżony. Okazało się, że istnieją też specjalistyczne galerie, które preferują określony nurt czy gatunek sztuki i do takich galerii właśnie trafiłem.

Amerykanie zakochali się w Pana obrazach!

Po targach otrzymałem propozycje z kilku nowojorskich galerii. Rozpocząłem współpracę. A że w jednej z galerii był nacisk na surrealizm, to tam królował Salvador Dali – właściciel galerii miał kilka jego obrazów i grafik. I tak się wpisałem ze swoją sztuką. Obok obrazów Salwadora Dali, obok Leonor Fini czy Michaela Parkesa;, to była bardzo mocna galeria. Ale przecież znalazłem się tam dzięki temu, że zrobiłem ten krok i zdecydowałem się wyjechać. Wówczas internet nie był tak popularnym narzędziem; w końcu lat 90. social media nie istniały. Dziś świat jest dla artystów latwiejszy, jeśli chodzi o pokazanie się i działanie. Wówczas trzeba było jeździć, rozmawiać, docierać samemu do galerii. No i czymś się wykazać. Dziś to wygląda inaczej.

To ciekawe, co Pan mówi, że artysta dziś sam musi o to dbać, obrać określony kierunek i podążać tą drogą. Ale wydaje mi się, że Pan robił to od początku, a mianowicie od dawnego lata w Sopocie, kiedy wyszedł Pan po raz pierwszy ze swoimi obrazami na ulicę.

To były lata 80. Nie było innego wyjścia. Żeby malarz mógł się wystawiać w galerii, musiał mieć uprawnienia. Ja jako student, ich nie miałem. A miałem potrzebę podzielenia się tym co robię, chciałem zarobić na farby. Wyszedłem więc ze swoimi obrazami na ulicę i dziś oceniam, że to było bardzo dobre, pouczające doświadczenie. Przyznam, że od tego się zaczęło – od razu, na ulicy, zetknąłem się z odbiorcą, rozmawiałem z nim. Dzieliłem się obrazami, wysłuchiwałem opinii, uczyłem się, już wtedy, z malarstwa żyć. Sopot był dla mnie trampoliną do dalszych działań.

Podobno pierwszy obraz Pan podarował. Komu? I co to był za obraz?

Jako kilkunastoletni chłopiec podejmowałem się malowania kopii obrazów. Od tego zaczynała się nauka; chyba nawet wielcy mistrzowie tak zaczynali, że kopiowali, żeby zmierzyć się z umiejętnością kopiowania, odwzorowania. Tak się u mnie też zaczęło. Zabrałem się najpierw za starych mistrzów, potem zobaczyłem Modiglianiego; takie były moje pierwsze próby. Potem wziąłem się za Fransa Halsa i za barokowe portrety. Zatem obraz, o który pani pyta, musiał być jednym z tych kopii, który udało mi się wymienić. Byłem w pierwszej klasie liceum. Kolega dał mi za obraz jakiś gadżet, nawet nie pamiętam, co to było. Ważne dla mnie było, że obraz, który mu dałem, spodobał mu się. Była satysfakcja i radość, że komuś się to spodobało, że to chce. Wtedy jeszcze nie połknąłem bakcyla sprzedaży. Ale dobrze pamiętam ten pierwszy moment satysfakcji wynikającej z tego, że ktoś w ogóle chce mój obraz powiesić na ścianie.

Dziś chyba niewielu stać, aby sobie Pana obraz powiesić na ścianie. Cena aukcyjna to 120 tysięcy złotych – za tyle poszedł jeden Pana obraz. Ile więc musiałabym dzisiaj wyłożyć, żeby kupić Pana maleńki obrazek?

(Śmiech). Różnie z tym jest, bo to nie format decyduje o wartości. Górna granica to ponad sto tysięcy, ale dolna jest już dużo niższa.

Z jednej strony stworzył pan swój własny świat, muzeum Wyobraźni w Częstochowie, swoiste państwo w państwie, gdzie rzeczywistość przeplata się z nierzeczywistością. Ale przecież pokazał Pan poprzez swoją drogę artystyczną, że mocno stoi obiema nogami na ziemi, w tej rzeczywistości. Jak żyją dziś artyści w Polsce?

Gdybym miał oceniać polski rynek sztuki, to widzę, że on się ma bardzo dobrze. Jest dużo wrażliwych ludzi, którzy kupują obrazy nie tylko dla lokaty czy dla zysku, ale dlatego, że chcą obcować ze sztuką. I ten najbardziej wymagający krytyk, którym jest publiczność, ma w tej chwili bardzo dużo do powiedzenia i w istocie to on decyduje o rynki sztuki. Stąd niezwykle popularne są aukcje, w Polsce odbywają się teraz setki aukcji rocznie, a to też pokazuje, że ten rynek ma się dobrze i artyści również. Za moich dawnych czasów było kilku artystów na topie i tyle. Dziś, poprzez media społecznościowe do głosu dochodzą artyści mniej znani, którzy mogą się reklamować i to robią, czasem na wyrost, czasem opisując swoje dokonania nie zawsze prawdziwe. Ale uzyskują odbiorców. Zatem nie tylko pierwsza, ale też druga i trzecia liga realizmu magicznego również się dobrze sprzedaje.

Najważniejszy dziś jest PR, własna marka, własny wizerunek?

Tak bym tego nie określił. Przede wszystkim trzeba mieć jeszcze coś do pokazania, do zaoferowania. A jeśli chodzi o to, to w Polsce jest duża różnorodność. Przecież nie tylko sztuka fantastyczna jest przedmiotem handlu na aukcjach, ale też sztuka abstrakcyjna i inne. Nie ukrywam jednak, że to sztuka fantastyczna przeżywa dziś swój czas. Myślę, że kiedyś byłem zaczątkiem tego nurtu; nawet buńczucznie powiedziałem raz, że stałem się prekursorem nurtu realizmu magicznego. Chyba pierwszy nazwałem go w ten sposób, w latach 90., kiedy rzeczywiście niewielu było malarzy w tym gatunku.

W co Pan wierzy jako artysta?

Nigdy nie miałem wielkich, wybujałych marzeń czy ambicji. Bardziej w działaniu kierowałem się planami. Nie wybiegałem dalekosiężnie i zbyt górnolotnie ze swoimi marzeniami. Interesowałem się bieżącym czasem, z lekkim wyprzedzeniem do przodu. Teraz pod tym względem jest podobnie; nic się tu nie zmieniło. Tak jak 20 czy 30 lat temu realizuję plany, które sobie nakreślam. Czy to chodzi o kolejną wystawę, kolejny album czy kolejną podróż. Moje zagraniczne wyjazdy, nawet jeśli czasem łączę je z wypoczynkiem, to jednak mają ścisły związek ze sztuką. A zatem, porządkując wypowiedź, kieruję się bardziej planami niż wiarą i marzeniami.

Będzie nowe święto państwowe?

Wideo

Materiał oryginalny: Malarz Tomasz Sętowski: Sztuce trzeba się poświęcić - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie