<!** Image 1 align=left alt="http://www.express.bydgoski.pl/img/glowki/zurowski_michal.jpg" >Trzynaste miejsce sztafety mieszanej, 17. lokata najlepszej Polki (Gwizdoń) i 54. najlepszego Polaka (Sikory) w sprintach - oto nasz bilans z pierwszych dni biathlonowych mistrzostw świata w Ruhpolding. Słabo, ale przecież nie zaskakująco. Wszak w piątek, w felietoniku „Żurek poleca”, dokładnie taki występ biało-czerwonych (zwłaszcza Sikory) zapowiadaliśmy.
O tym, jak nasz mistrz świata sprzed 17 lat jest dziś dysponowany, przekonują szczegóły wyników sprintu: Fourcade i Svendsen po dwóch pudłach biegali po dwie rundy karne, Polak dokładnie tyle samo, tyle że Francuz i Norweg zdobyli złoto i srebro, a Sikora zajął 54. miejsce.
O tym natomiast, jak wygląda nasz męski biathlon, świadczą lokaty pozostałych: 73. - Pływaczyk, 85. - Szczurek, 96. - Lepel. Jakże słabo biega 22-letni Lepel, skoro jako jedyny Polak strzela bez pudła, a na mecie 10-kilometrowej trasy straci prawie 5 minut do najlepszych.
Tak to jest, kiedy przez blisko 20 lat (Sikora był wicemistrzem świata juniorów w 1993 roku w tymże Ruhpolding) jeden zawodnik służy za parawan skrywający słabość całej dyscypliny. Parawan i alibi: wprawdzie inni Polacy (Szczurek był w 2007 mistrzem świata juniorów) kompletnie przestali się rozwijać, ale - odwalcie się - przecież mamy Sikorę!
<!** reklama>No i wciąż go mamy. Tyle, że teraz w szóstej dziesiątce. A Szczurka w dziewiątej.
Do samosprawdzającej się (niestety) przepowiedni z piątku wracam dziś bez satysfakcji w rodzaju „a nie mówiłem?”. Wracam, bo problem parawanów i alibi nie dotyczy tylko biathlonu.
Ba! Stał się typowy dla naszego sportu przypominającego zakalec z rodzynkami. Przykłady gwiazd dyscyplin zimowych, po których została pustka, padły w piątkowym komentarzu do wydłużonej na siłę kariery Sikory.
A co pozostało w naszej gimnastyce po Blaniku? Kim, jeśli nie rodzynkami, są dziś w tenisie siostry Radwańskie, albo w koszykówce Gortat? Czy błyszczący teraz w NBA środkowy Phoenix Suns jest dowodem siły naszego basketu, czy jednostkowym przykładem połączenia pracy, talentu i szczęścia w realizowaniu własnej kariery?
Skoro już jesteśmy przy grach zespołowych, to w niedzielę nadeszła z Sochaux zła wiadomość dla polskiej piłki - Damien Perquis złamał rękę.
Ponieważ w futbolowym zakalcu (z rodzynkami typu Szczęsny, Piszczek, Błaszczykowski, Lewandowski) najgorzej jest u nas w środku obrony, polska piłka znalazła alibi na tej pozycji we Francji. Jeśli sami nie umiemy wyszkolić stopera, to zdobywamy go metodą „na babcię”.
W ubiegłą środę z Portugalią był Perquis jednym z najlepszych w naszym zespole, więc już się wydawało, że przynajmniej z tym ogniwem obrony mamy przed Euro spokój.
No właśnie, wydawało się.