Dramat rodziny z gminy Szydłowiec. Przez lata wychowywała nie swojego syna. W szpitalu doszło do zamiany dzieci? Jest apel o pomoc

Piotr Stańczak
Piotr Stańczak
Maciej (pierwszy z lewej) z Grzegorzem (obok), Elżbietą i Wojtkiem Zielińskimi. Dopiero po trzydziestu latach okazało się, że nie jest ich biologicznym synem oraz bratem... Zdjęcia Archiwum prywatne oraz Facebook/Zaginieni przed laty
- To nie daje mi spokoju, budzę się w nocy i myślę, co się stało z naszym prawdziwym dzieckiem - mówi Elżbieta Zielińska, mieszkanka Chustek koło Szydłowca. Mężczyzna, którego wychowywała z mężem zginął w pożarze pustostanu w Radomiu. Dopiero wtedy okazało się, że 30-latek nie był ich prawdziwym synem...

Rodzinna fotografia sprzed lat. Mama, tata, trzech chłopców. Jeden z nich stara się uśmiechać, choć jakby z mniejszym entuzjazmem, sprawia wrażenie wyobcowanego. Gdy teraz patrzymy na to zdjęcie, widać, że ma inną, bardziej śniadą karnację ciała niż bracia czy rodzice. Teraz, po latach, Zielińscy znają odpowiedź na pytanie, czemu w ich domu czuł się obco. Pani Elżbieta wie, dlaczego przez pierwsze miesiące życia ciągle płakał gdy brała go na ręce i próbowała przytulić, uspokoić a on reagował zupełnie, jakby byli oboje dla siebie obcy.

Gdyby nie tragedia z listopada 2016 roku, pewnie tej prawdy nigdy by się nie dowiedzieli. To co działo się wcześniej, to były tylko przeczucia, przeplatane przypuszczeniami, ot, nawet żartami. Kiedyś pani Elżbieta na takowy się zdobyła, raczej z bezradności wobec nastoletniego syna, który sprawiał problemy wychowawcze. - Ciebie to chyba ktoś zamienił - powiedziała. Nie przypuszczała, że te słowa po latach zabrzmią jakże brutalnie, do bólu prawdziwie.

Mówili niczym do ściany

Jest 25 maja 1986 roku. Pani Elżbieta rodzi w radomskim szpitalu (przy ulicy Tochtermana) syna. Przechodzi cięcie cesarskie. Dziecko przychodzi na świat około godziny 14.30. Zielińska może je wziąć na ręce dopiero następnego dnia rano, gdy do łóżka przynoszą maleństwo pielęgniarki. W domu na brata czeka starszy Wojciech, wówczas roczny chłopczyk, dziś 35-letni mężczyzna. Trwa szczęście w rodzinie, ale matkę maleństwa coś niepokoi. - Gdy brałam go na ręce, żeby przytulić, ukoić, płakał... To było coś zupełnie nienaturalnego i trwało przez miesiące - opowiada dziś. Niepokój narastał jeszcze mocniej, gdy jako dziecko Maciek zaczął się izolować od rodziny.

- Niechętnie spędzał z nami czas, kiedy były jakieś uroczystości czy spotkania rodzinne, zawsze trzymał się gdzieś z boku, wyszukiwał sobie różne zajęcia, aby być dalej. No i ta jego karnacja oraz budowa ciała - był smukły, śniady, całkiem odmienny ode mnie, męża, braci. Właśnie, braci. Najmłodszy w rodzinie, 25-letni dziś Grzegorz nie miał z Maćkiem łatwego życia, na wsparcie jako od tego starszego, liczyć nie mógł.

Gdzieś czasem ktoś zażartował, że Maciek wcale do mamy i taty czy chłopaków niepodobny, ale dużo więcej niepokojów i trosk rodzinie dostarczał nie tyle jego odmienny wygląd, co zachowanie. Jako dziecko izolował się, jako nastolatek wpadł w złe towarzystwo.

- Zawsze musiał być tam, gdzie pojawiały się kłopoty. I odwrotnie - sam je na siebie ściągał. Nie mieliśmy w rodzinie w ogóle takich doświadczeń, konfliktów z prawem. Nie mogliśmy sobie z nim poradzić. Dużo rozmawialiśmy, dlaczego tak postępuje, prosiliśmy o opamiętanie się, ale mieliśmy wrażenie, jakbyśmy mówili do ściany - wspomina pani Elżbieta.

Przelana czara goryczy

Maciek nie robił sobie nic z próśb rodziców, nadużywał alkoholu. Uczęszczał do szkoły zawodowej w Szydłowcu, po jej skończeniu w żadnej pracy "długo miejsca nie zagrzał". Imał się dorywczych zajęć, głównie na budowach, ale tam też szukał towarzystwa do szklanki. Zielińska podejrzewa, że mógł również brać narkotyki. Ani myślał o zakładaniu rodziny, usamodzielnieniu się. Czara goryczy w rodzinie przelała się wreszcie tuż po tym, jak mężczyzna skończył trzydzieści lat.

- Powiedzieliśmy my mu z mężem, że tak dłużej być nie może, że jest dorosły i nie będziemy dłużej go utrzymywać, bo nas na to nie stać. Ile można było słuchać obietnic, że po powrocie z alkoholowego odwyku już się poprawi, zmieni? - wspomina kobieta. Po jednej z takich rozmów Maciej ostatecznie wyprowadził się z rodzinnych Chustek. To było latem 2016 roku. Przestał utrzymywać kontakty z Zielińskimi.

- Raz tylko przypadkowo zobaczyłam go na ulicy w Radomiu, ale na mój widok odwrócił głowę i przeszedł na drugą stronę - opowiada pani Elżbieta. Zamieszkał w pustostanie na radomskiej Koziej Górce z kolegą. Sąsiadom opowiadał natomiast, skąd pochodzi. To pomogło potem, gdy już wydarzyła się tragedia, dotrzeć policji do Zielińskich. W pożarze, który wybuchł 13 listopada 2016 roku zginęli obaj - on i jego kompan. O zdarzeniu pisaliśmy wówczas tutaj Radom. Pożar przy ulicy Siewnej. W pustostanie spłonęło dwóch bezdomnych.

Zdarzenie miało miejsce po godzinie dziewiątej rano. Po południu do Zielińskich przyjechali policjanci, pytali o Maćka, ale nie zdradzali żadnych szczegółów. - Kazali zgłosić się następnego dnia do komisariatu na Borkach. Pojechał tam mąż. Została w domu, czekałam na telefon od niego. Nie odzywał się jednak. W końcu sama zadzwoniłam. Smutnym głosem odpowiedział mi tylko "nie jest dobrze"... - opowiada pani Elżbieta. January Zieliński udał się z policjantami na okazanie zwłok, po posturze rozpoznał niby, że to Maciej, ale w celu dokładnej identyfikacji potrzebne były badania genetyczne.

Dramat rodziny z Chustek dopiero się rozpoczynał... Badania wykazały, że pan January nie jest biologicznym ojcem mężczyzny. - Wiadomo, jak wiele osób zaczęło wtedy patrzeć na mnie... - wspomina ze smutkiem jego żona. Dopiero kolejne badania wykazały, że i Zielińska nie jest biologiczną matką Macieja.

Ludzie wokół cieszyli się ze świąt Bożego Narodzenia, Sylwestra i Nowego Roku, tymczasem tej rodzinie świat wywrócił się do góry nogami. - Dopiero na początku lutego 2017 roku wydano nam ciało i mogliśmy pochować Macieja - dodaje Zielińska. Rodzina próbowała dochodzić prawdy, bo wtedy okazało się, że przez trzydzieści lat żyli w domu z dzieckiem, potem mężczyzną, którego uznawali za swego syna, a biologicznie nie było między nimi żadnych więzi. Tak, wtedy już nawet laik mógł wytłumaczyć sobie dlaczego malutki Maciuś płakał, gdy mama próbowała go przytulić...

Droga przez mękę

Dochodzenie do prawdy okazało się drogą cierniową. Kierownictwo radomskiego szpitala tłumaczyło, że dokumentacje kobiet, które rodziły w tamtych czasach zostały już zniszczone (bo na to pozwalały przepisy), reszta instytucji zasłania się ochroną danych osobowych. Próba ustalenia faktów na własną rękę też jak dotąd nie przyniosła skutków.

- Kontaktowałam się z wieloma prawnikami, podczas pierwszych spotkań każdy niby obiecywał, że zajmie się sprawą, ale potem rezygnowali, nie odbierali telefonów. Tak samo było w Ministerstwie Sprawiedliwości, gdzie jeden z urzędników najpierw obiecywał mi, że już załatwia temat, a potem przestał w ogóle reagować na telefoniczne próby z mojej strony. Zaangażowaliśmy także prywatnego detektywa, ale i on niewiele zdziałał. Tak naprawdę zostaliśmy pozostawieni sami sobie, pomagają nam media, staramy się dowiedzieć czegoś za ich pośrednictwem - opowiada pani Elżbieta.



- To nie jest tak, że czas goi rany i człowiek przechodzi nad wszystkim do porządku dziennego. Wie pan, często budzę się w nocy i myślę... Jak doszło do zamiany dzieci w szpitalu, co się dzieje z moim prawdziwym dzieckiem, kim jest, gdzie mieszka. Tylko tyle, nie chcemy nikomu burzyć życia. Nie życzę nikomu tego, co przeżywam ja, mąż, synowie, rodzina... - opowiada Zielińska. Przytacza też inną historię - gdy ona przyszła na świat, mamie pani Elżbiety pielęgniarki też przyniosły po porodzie obce dziecko. Chłopczyka. - Całe szczęście mama już wiedziała wcześniej, że urodziła dziewczynkę, więc w porę zainterweniowała - opowiada.

Zielińscy chcieliby przede wszystkim dotrzeć do kobiet, które między 23 a 26 maja 1986 roku rodziły dzieci w radomskim szpitalu przy ulicy Tochtermana. Wszyscy, którzy mogliby przekazać jakiekolwiek cenne informacje, mogą kontaktować się także za pośrednictwem naszej redakcji, pisząc wiadomość e-mail na adres stanczak2@echodnia.eu. Gwarantujemy anonimowość.

Czytaj także

Radom na instagramie

Śmiercionośny wybuch w Bejrucie

Wideo

Materiał oryginalny: Dramat rodziny z gminy Szydłowiec. Przez lata wychowywała nie swojego syna. W szpitalu doszło do zamiany dzieci? Jest apel o pomoc - Echo Dnia Radomskie

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3