Pojedynkiem wieczoru w hali Astorii będzie walka w wadze superciężkiej pomiędzy Igorem Kołacinem i Andriejem Morozowem (Ukraina). Stawką jest mistrzowski pas WBC w tajskim boksie.
Dlaczego podpisał pan kontrakt akurat z bydgoską, profesjonalną grupą Arena?
<!** Image 2 align=right alt="Image 15240" >Jest to nieliczna polska grupa zajmująca się promowaniem zawodowego tajskiego i klasycznego boksu. Poza tym nie ukrywam, że otrzymałem dogodne warunki finansowe.
Nie obawia się pan najbliższego rywala, ukraińskiego olbrzyma Andrieja Morozowa? Ma około dwa metry wzrostu i waży ponad 100 kg...
Jak przed każdym pojedynkiem zawsze myśli się o przeciwniku. Mam nadzieję, że nie sprawię zawodu i moja walka z Ukraińcem dostarczy kibicom wielu emocji. Zresztą wyznaję taką zasadę - jak spaść to z dobrego konia.
Jaki jest Igor prywatnie?
Choć mam siedmioletnią córkę Weronikę, jestem 31-letnim kawalerem. Urodziłem się w Warszawie i oprócz tajskiego boksu zajmuję się prowadzeniem firmy. Uwielbiam oglądać filmy psychologiczne, czytać sensacyjne książki oraz grać w szachy i warcaby. To mnie odpręża i dodaje sił przed wyczerpującymi treningami i trudnymi pojedynkami. Próbowałem jednocześnie studiować na Politechnice Warszawskiej i SGGW. Studiów jednak nie ukończyłem.
A sportowa strona?
Wcześniej, przez 8 lat uprawiałem karate, teraz muay thai. Stoczyłem około 100 walk. Jestem międzynarodowym mistrzem Niemiec i uczestniczyłem w gali we Wrocławiu w K-1 (najsilniejsza na świecie formuła walk - dop. słac.). A ostatnio na Litwie brałem udział w rywalizacji MMA.