Wujek uderzył tylko raz

Radosław Rzeszotek
Trzynaście lat temu zabił człowieka nożem. Karę odsiedział, ale na wolności nie czuł się najlepiej, więc zabił raz jeszcze - tak samo.

Trzynaście lat temu zabił człowieka nożem. Karę odsiedział, ale na wolności nie czuł się najlepiej, więc zabił raz jeszcze - tak samo.

<!** Image 2 align=right alt="Image 42409" sub="Teresa Barnak nie chce już wraz z dziećmi mieszkać w Zielnowie. Prosi dobrych ludzi, by pomogli jej zacząć nowe życie gdzie indziej.">Żyje od 38 lat. Ponad 18 spędził w więzieniu. Ostatnie miesiące kary znosił z przysięgą w sercu. Że kiedy wyjdzie, zrobi coś dobrego. Coś, czego ludzie mu nie zapomną. Zabił pijaka, awanturnika i meliniarza - ojca trojga dzieci.

Twarz Roberta S.? Jakby jej nie miał. Na zdjęciach dołączonych do akt sądowych wygląda gorzej niż płatny zabójca. W rzeczywistości ma całkiem miłą aparycję. Potrafi się uśmiechnąć, pocałować kobietę w dłoń, nawet powiedzieć „dziękuję”. W Zielnowie pod Wąbrzeźnem nikt w jego oczach nie dostrzegł mordercy. A właściciel sklepu pozwalał sobie nawet na żarty, że taki gość jak on w Zielnowie karierę zrobi na pewno.

Bo mu się postawił...

Przyjechał tu do Teresy Barnak, matki samotnie wychowującej sześcioro dzieci. Jej dom stoi w samym środku wsi, naprzeciw sklepu. Zbudowano go z czerwonej cegły, jeszcze przed II wojną światową. W ogródku zmurszałe grzybki z drewna, przewrócony krasnal i suche chwasty. Drzwi z zewnątrz wyglądają na zadbane, ale od przedsionka czuć stęchlizną. W pokoju telewizyjnym stoi popękany piec kaflowy. Z sufitu odpadają panele pokryte grzybem.

- Robert nie był moim konkubentem, przysięgam - bije się w pierś Teresa Barnak. - Przyjechał tu do pracy u jednego z gospodarzy. Bo gdzie indziej teraz zatrudnią po wyjściu z więzienia? Był przyjacielem rodziny. Pierwszym człowiekiem, który okazał prawdziwe serce moim dzieciom i mi też. Bo ja miałam problem z piciem...

Teraz jednak Teresa Barnak już nie pije. Potwierdza to właściciel sklepu w Zielnowie, który o życiu wsi wie więcej niż ksiądz i dzielnicowy razem wzięci. I to on najczęściej sprzedawał jej wino, piwo, czasem wódkę.

- Wystarczy jedno spojrzenie, żeby zobaczyć jak oni żyją - ocenia właściciel sklepu, ogolony na łyso krępy mężczyzna. - Był czas, kiedy ten dom przypominał melinę. Policja nieraz tu przyjeżdżała. Bójki i pijackie burdy były codziennością.

Teresa Barnak żyje w napięciu. Dopiero kiedy zapali papierosa, czuje się nieco rozluźniona. Ma sześcioro dzieci. Dwoje z nich nadal przebywa w domu dziecka, dwoje niedawno stamtąd wróciło. Matce odebrano prawa rodzicielskie. Powód? Alkohol.

- Słyszałem, że ma wszyty esperal - mruga okiem właściciel sklepu. - Dopóki go ma, nie jest źle. Ale czy długo wytrzyma?

<!** reklama left>Roberta S. poznała tuż po tym, jak wyszedł z więzienia. Od razu powiedział, ile czasu spędził za kratami. Przyznał się, że ostatnie 12 lat siedział za zabicie człowieka. Jednego takiego, który mu się postawił, ugodził nożem.

Po Zielnowie Robert S. też chodził z nożem za paskiem. Znawcy piwa i białej broni spod sklepu określili typ ostrza jako „rambo”.

Życie kryminalisty Robert S. rozpoczął w 1987 roku w Darłowie, gdzie został skazany na rok więzienia za kradzież z włamaniem do piwnicy i „zniszczenie mienia w warunkach chuligańskich”. W 1988 roku zaliczył kolejny wyrok - pół roku za znieważenie milicjanta. Na wolności nie był długo. W 1990 roku sąd skazał go na 5 lat więzienia za napad z użyciem niebezpiecznego narzędzia. Wyszedł na swoją pierwszą przepustkę, by wziąć udział w pobiciu - za co dostał kolejne osiem miesięcy.

Podczas przerwy w odbywaniu kary, 12 marca 1994 roku, zabił w Świeciu człowieka. Sławomirowi D. zadał dwa ciosy nożem w klatkę piersiową, uszkadzając przy tym aortę i płuca. Ofiara zmarła na miejscu. Sąd Wojewódzki w Bydgoszczy skazał Roberta S. na 12 lat pozbawienia wolności.

Sam zadzwonił po policję

- Dzień, w którym doszło do niedawnego zabójstwa przed moim domem miał być taki szczęśliwy - ociera łzy Teresa Barnak. - Dwie córki, moje i Jacha, wracały do nas z domu dziecka. Robert za własne pieniądze upiekł dla nich tort i chruściki. Żeby dzieciaki się cieszyły. Zresztą one do dziś mówią, że wolały wujka Roberta od ojca. Bo ich ojciec nawet tego dnia gdzieś siedział i chlał. Zresztą parę dni wcześniej wyszedł z więzienia i dziećmi głowy sobie nie zawracał.

Jan G., zwany Jachem, był ojcem trojga dzieci Teresy Barnak, lecz nie mieszkał z rodziną. Przez ostatnie tygodnie życia przyglądał się, jak jego dzieci wychowuje Robert S. W dniu powrotu córek z domu dziecka, spotkali się zresztą przy drzwiach. Ojciec poprosił, żeby córki do niego wyszły. Miał dla nich drobne prezenty - słodycze i zabawki. Kiedy wbiegły uradowane do domu, Jan G. wrócił pod sklep. Tam akurat zaszedł także Robert S. Obaj kupili po parę piw i skrzyżowali spojrzenia. Kiedy Robert S. wrócił do domu, włożył za pasek swój nóż.

Tuż po godz. 18 przed dom Teresy Barnak wtoczył się pijany Jan G. Zaczął wykrzykiwać, że zabije „tę k... Terechę i jej gacha”. Robert S. wracał ze sklepu z margaryną w dłoni i nożem za paskiem. Podchodząc do drzwi zarobił cios głową w łuk brwiowy. Sięgnął za pasek. Uderzył raz. Trafił w mostek. Jan G. odwrócił się i pobiegł w stronę pobliskiego stawu. Po kilkunastu metrach usiadł, a po chwili już leżał. Zmarł po około 10 minutach. Sekcja zwłok wykazała, że miał we krwi 3,06 promila alkoholu.

Po policję i pogotowie zadzwonił Robert S.

- Kiedy go przesłuchiwałam, byłam zaskoczona, że jest tak rozmowny - przyznaje prokurator Wanda Granda-Trzepałkowska z Prokuratury Rejonowej w Wąbrzeźnie. - Wszystko opowiedział ze szczegółami. Większość jego zeznań pokryła się z naszymi ustaleniami, z wyjątkiem tego, że, jego zdaniem, Jan G. śmierć zadał sobie sam, niejako rzucając się na nóż.

Świadkami zabójstwa były dzieci ofiary, ich matka, babcia i sąsiadka. Kiedy policja zabierała sprawcę i jego przyjaciółkę na przesłuchanie, zebrani mieszkańcy wsi byli wzburzeni. Wielu krzyczało „to ty kazałaś go zabić”, „zabierzcie jej dzieci”. Musieli interweniować policjanci.

Wniosek o dożywocie

- W tym przypadku będziemy wnioskować o najwyższy wymiar kary, czyli dożywocie - mówi Kazimierz Warnel, prokurator rejonowy w Wąbrzeźnie. - Ostateczna decyzja w tej sprawie należy wprawdzie do Prokuratury Okręgowej, jednak wydaje mi się, że znajdę tam zrozumienie. Robert S. jest człowiekiem, który nie rokuje najmniejszych szans na resocjalizację i należy go całkowicie odseparować od społeczeństwa.

Biegli psychiatrzy badający Roberta S. stwierdzili, że nie cierpi on na żadną chorobę, jest przeciętnie inteligentny i poczytalny. Zauważyli natomiast zaburzenia osobowości, które nie pozwalają mu normalnie funkcjonować w społeczeństwie i są wynikiem „nieprawidłowego ukształtowania osobowości”.

Matka Roberta S. pytana przez kuratora sądowego o syna, odpowiada, że jest zmęczona jego kłopotami z prawem. W zastępstwie rodziców wychowuje syna Roberta. Chłopak nie chce ojca znać.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie