Ta taksówka porusza się w czasie

Jacek Kiełpiński
Na postoju, skromnie przycupnięty w rzędzie mercedesów, kremowy duży fiat ze starszym panem za kierownicą przyciąga pasażerów. - Witam moich pracodawców - tak Henryk Janicki, najstarszy toruński taksówkarz, zwykł zagajać rozmowę z pasażerami. Trwać może ona o wiele dłużej niż jeden kurs. Zdarzyło się, że nawet całe lata.

Na postoju, skromnie przycupnięty w rzędzie mercedesów, kremowy duży fiat ze starszym panem za kierownicą przyciąga pasażerów. - Witam moich pracodawców - tak Henryk Janicki, najstarszy toruński taksówkarz, zwykł zagajać rozmowę z pasażerami. Trwać może ona o wiele dłużej niż jeden kurs. Zdarzyło się, że nawet całe lata.

<!** Image 2 align=none alt="Image 44243" sub="Tę taksówkę trudno przegapić. W szeregu nowych zachodnich wozów fiat 125p rzuca się w oczy. Pasażerowie sentymentalni mile widziani.">Sobota, koło północy. Toruński postój przy placu Teatralnym wypełniony taksówkami. Fiat 125p z numerem bocznym 2 rzuca się w oczy. Ten model w roli taksówki to dziś ewenement. Niektórzy wzruszą ramionami, uznając, że nie przystoi im wsiadać do reliktu tamtej epoki. Inni staną jak zaczarowani, a dłonie same sięgną chromowanych klamek. - Z sentymentu mnie wybraliście? Z sentymentu, rozumiem - straszy pan w charakterystycznym kaszkiecie uśmiecha się i rusza dostojnie.

Chevroletą w 1958

To nie bryczka dla zagonionych, spoglądających na zegarek. Fiat toczy się przepisowo, 50 km/h. - Tak samo jak w 1958, gdy zaczynałem na taksówce. Tylko wtedy bym was wiózł 6-osobową chevroletą przez miasto, które wyglądało inaczej.

Najdłuższe, a zarazem najgroźniejsze, kursy trafiały się wówczas na Wrzosy. Henryk Janicki przekonał się o tym na własnej skórze. Koło lasu na skraju tej dzielnicy zamiast pieniędzy za kurs dostał w głowę metalową pałką. - Każdy napad, a miałem ich kilka, pamięta się, ale pierwszy bardzo dokładnie - wyjaśnia. - Wtedy brać taksówkarska była bardziej zgrana. Jak któryś z kolegów łapał „baniaka”, każdy się zatrzymywał i pytał, czy pomóc przy zmianie koła. A ofiarą napadu zająć się chcieli wszyscy. Bo było nas mniej, znaliśmy się. A może ludzie byli jacyś inni...

Z historii motoryzacji

Skąd chevrolet w latach 50. u toruńskiego taksówkarza? Odpowiedź to także krótka lekcja o polskiej motoryzacji. Chevrolet pana Henryka był wozem z 1937 r. Z serii montowanej w Warszawie przez zespół inżynierów Lilpopa. Ponad 20-letnie wówczas auto cudem przeżyło wojnę, a licznik nie był w stanie pokazać, najpewniej astronomicznej, liczby przebytych kilometrów.

- Pojawiały się wówczas garbusy - wspomina taksówkarz. - Słynne M-20 rodem z Moskwy. Pasażerowie woleli je od mojego staruszka. Nie, żeby jeździły szybciej, bo wszyscy wlekliśmy się góra pięćdziesiątką, ale uchodziły za szczyt elegancji.

<!** reklama right>Milicja Obywatelska wówczas taksówkarzy ledwo tolerowała. Uchodzili za przedstawicieli szarej strefy, podejrzaną prywatną inicjatywę. Taksówkarze bali się szczególnie ówczesnej wersji kontroli radarowej. - Gdy pasażer zaczynał poganiać, trzeba było mieć się na baczności - podkreśla pan Henryk. - Bo to mógł być gliniarz dla niepoznaki przysłany z Włocławka, taki, jak byśmy to dziś powiedzieli, „żywy radar”. Przekroczę 50 na liczniku, a ten się ujawni. Włoży czapkę i tak dalej... Można było w ten sposób nie tylko mandat solidny zapłacić, ale i koncesję stracić.

Kto dziś pamięta, że wówczas zgodnie z tzw. koncesją wolno było się taksówce oddalić od miasta jedynie na 20 km? Kurs nawet do Chełmży był niedozwolony. Zresztą tam przed miastem, tak jak i na rogatkach Torunia, był posterunek milicji, przy którym nielegalna podróż musiałaby się zakończyć. - W 1959 r. bariery na rogatkach znieśli, a koncesję przedłużyli do 50 km. Do Bydgoszczy jednak i tak nie dało się dojechać, tylko do Fordonu. Tam pasażer musiał szukać bydgoskiej taksówki. Trudno się było z bydgoszczakami poznać.

Metodą „kontroli wewnętrznej” sprawdzano też prawidłowe skalibrowanie taksometrów. Urządzenie musiało wskazywać 10 zł na trasie od prezydium, czyli dzisiejszego Urzędu Marszałkowskiego, do Dworca Toruń Główny. - Wsiadał pracownik wydziału komunikacji i kazał się tam wieźć. Biada temu, którego taksometr wyrzucał inną kwotę.

Płynęły lata, miasto się rozbudowywało, a taksówkarz z numerem 2 zmieniał samochody. Po M-20 przyszedł czas na warszawę sedan. W 1970 r. Zrzeszenie miało 10 przydziałów dla swoich członków. Janicki miał to szczęście. - To był wóz! - dziś komentuje. Jednak w 1975 r. przesiadł się do fiata 125p. - Na licencji włoskiej, to wówczas docierało do wyobraźni. Włoski styl! To fiaty wybierali wówczas ludzie na postoju. Zresztą tak jak dziś - żartuje. Żarcik okazuje się jednak najszczerszą prawdą. Bo myli się ten, kto sądzi, że brakuje osób, które z szeregu merców, BMW, audi i fordów wybiorą zabiedzonego fiacika. Bywa tak, że to właśnie pan Henryk rusza z postoju najczęściej.

- „O, dziadek znowu ma pasażera!” „Dwójka” odjeżdża drugi raz!” - słyszę od kolegów taksówkarzy. Wtedy prostuję, że nie jestem dziadkiem, tylko pradziadkiem. Czasem żartobliwie radzę: „Zamień forda na fiata, a też będziesz odjeżdżał”.

Obecny fiat Janickiego pochodzi z 1988 r. To cacko, które fabryka w Turynie albo spadkobiercy FSO powinni wystawiać jako eksponat. Taksówkarz, tak jak swoje poprzednie wozy, naprawia go sam. - Zresztą co tu naprawiać? - pyta. - Głowica nie widziała klucza, a przejechałem ponad 300 tys. km. Lakier jest oryginalny, tak jak prawie wszystko.

Jednak motoryzacja to tylko banalny początek rozmowy z tym 77-letnim człowiekiem. Czasem kursu zabraknie, by zacząć pytać o rzeczy naprawdę ważne. Przecież pan Henryk jest żywym ekranem tego miasta!

Zna ludzi, których wiózł do chrztu czy do ślubu kilkadziesiąt lat temu, przyjaźni się z niektórymi parami. Zna ważne osobistości z obecnych i bardzo dawnych lat. Jak każdy taksówkarz zetknął się z ciemną stroną rzeczywistości - siedziby pierwszych, tych najpierwszych, burdeli pamięta doskonale. Miał okazję wieźć jednego z byłych prezydentów tego miasta, gdy ten był na ustach wszystkich mieszkańców. Tłumaczył się taksówkarzowi, a na końcu uciekł zawstydzony machając ręką na resztę.

Samotność bez strachu

Od pewnego czasu „dwójka” jeździ tylko nocami i to najwyżej 7 kursów. Dla najsympatyczniejszych pasażerów kierowca miewa „promocje”. Oniemiałym paniom wręcza czekolady, a panom piwo.

- Narobiło się, panie Henryku?

- Narobiło. I wszystko dobrze. Poza moim kochaniem. Gdy żona odeszła 6 lat temu, to tak jakbym pękł. Samotność jest straszna. Ona o czwartej w nocy potrafiła wstać, gdy wracałem z trasy, podać piwko, przytulić, pogadać. A jak trzeba było, to z nią most w fiacie wymieniałem - 50 kilo żelastwa... Niech mówią „maniak”, ale codziennie będę na jej grobie. I już niczego się nie boję.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie