Premiera Netflix: “Biały tygrys” – czyli w demokracji najgorzej jest być biednym [recenzja]

Mariusz Załuski
Mariusz Załuski

"Biały tygrys" - premiera na platformie Netflix. Nasza recenzja

Wiadomo nie od dziś, że z demokracją i równością drogich obywateli, to wyszło nam w świecie szerokim tak sobie. I nawet jak teoretycznie wszystko skrzy się cudnie, to w realu kwiczy i zgrzyta. Nic więc dziwnego, że w sezonie minionym zalani zostaliśmy filmami napakowanymi i niezgodą na taki stan rzeczy, i moralnym usprawiedliwieniem gniewu wykluczonych - od “Jokera” po “Parasite”. “Biały tygrys” to ta sama szuflada. I tematycznie, i jakościowo, bo to po prostu kapitalne kino.

I będę musiał długo szczekać pod stołem, bo nie raz naszydzałem się z poziomu Netfliksa, a tu kolejna, odważna i smaczna premiera. Odważna, bo to film indyjski, choć bardzo daleki od tego, co mamy w główkach, kiedy mówimy: Bollywood. Ba, montaż, przebiegłość kamery, muzyka, to klasa światowa. No a do tego dochodzi cała tonacja... Trochę anarchiczna, trochę sentymentalna, trochę wesolutka, trochę egzotyką trącąca “Slumdogiem”. No a w końcu wpadająca w poruszający cynizm i mrok. Bo głównemu herosowi i kibicujemy, żeby wydostał się ze świata ofiar, i jednocześnie przeraża nas on tym, jakimi metodami dociera do celu. Czyli ze świata wykluczonych na każdy możliwy sposób, do rzeczywistości tych, co żyją na tłusto.

Tak więc oglądamy balladę o chłopaku z zapadłej wiochy, który wydaje się być skazany na tę wiochę po kres swoich dni. Jak mówi, w Indiach najważniejszym wynalazkiem był kojec dla kogutów, które siedzą spokojniutko piętrami i po kolei trafiają na rzeź. Dokładnie tak, jak ludzie zamknięci w kastach i pokornie przyjmujący swój los. Ale chłopak nie chce być kogutem. Zdobywa posadę u pewnego bogacza, a potem służalczością gotuje sobie wymarzony los pierwszego kierowcy jego syna. I już wydaje mu się, że jest kimś więcej niż nikim, kiedy świat pokazuje mu, że się myli. I wtedy postanawia zmienić porządek świata.

Netflix. Premiera "Białego tygrysa". Czy warto oglądać ten film?

Czego my tu nie mamy? W skali makro są wszelkie cienie demokracji, przefiltrowanej przez układy społeczne, tradycję, korupcję, w indyjskiej skali. Bo tam państwo bogaci mieszkają w luksusowych apartamentach, a ich kierowcy w budach na podziemnym parkingu. Jak to mówi nasz heros, w demokracji najgorzej jest być biednym...W skali mikro oglądamy ludzi. Człowieka żyjącego na niskiej społecznej półce, kompletnie nie wierzącego w jakąkolwiek własną siłę sprawczą. Obok milionów takich jak on, mentalnych wiecznych służących. Oglądamy postępowców postępowych do czasu, aż hipokryzja wyłazi z nich uszami, i strażników tradycji, którzy w tym stróżowaniu mają wyłącznie własny interes. No i wreszcie oglądamy bunt. I chcemy żeby ofiar systemu było na wierzchu, i boimy się, bo te ofiary zdrowo nas przerażają.

“Biały tygrys” to ekranizacja głośnej książki Aravinda Adigi i być może dlatego nie tylko świetnie się ten film ogląda, ale i go słucha. Złote myśli i powiedzonka fruwają jak motylki. Tyle, że wszystko układa się do tego w niegłupi przekaz. A to już większa sztuka.

Wideo

Materiał oryginalny: Premiera Netflix: “Biały tygrys” – czyli w demokracji najgorzej jest być biednym [recenzja] - Nowości Dziennik Toruński

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie