Nie boję się emocji

Janusz Milanowski
Wiem, że mam opinię takiej trochę płaczki, bo ja naprawdę potrafię się tak wzruszyć, tak nakręcić, tak nawiedzić! Z Marzeną Matowską*, dyrektorką Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy, rozmawia Janusz Milanowski

Przejrzałem Internet i natknąłem się na coś takiego jak „styl Matowskiej”, a chodzi o ubiór. Czarna skóra i wyraziste kolory. Czego to jest wyrazem?
Mojej wewnętrznej siły.

Ostra z Pani babka…
Tak! Nie żyję półcieniami, choć rozumiem, że świat nie jest zerojedynkowy czy też czarno-biały, że są też odcienie szarości, ale one też muszą być widoczne i coś znaczące. W życiu szkoda czasu na mało wyraziste sytuacje, na słowa wypowiedziane niepotrzebnie, na taką watę, miazgę. Co nie oznacza, że ja nie cenię pasteli, ale nie żyję pastelowo. Może czasami za szybko podejmuję decyzje zawodowe i życiowe, nieraz nieodwołalnie. Nie boję się jednak emocji. Co mi się wydaje zgubne w życiu? Jakaś taka… idiotyczna moda, na przykład w polityce i w zarządzaniu, nieokazywania emocji. Jeśli ktoś ma zimną krew, to wtedy jest dobrze i poprawnie. A ja uważam, że trzeba okazywać emocje, bo one coś komunikują. Nie lubię rozmawiać, czy pracować z ludźmi nie wiedząc, co oni myślą albo czują.

A jak się Pani ubierała w okresie życia niesłusznie zwanym młodością? Wyraziście. Punk?
Nie, nigdy, nigdy!

Własny styl?
Tak, ponieważ - i tu się odkryję - nigdy nie byłam zadowolona z własnej figury, nie będąc szczupłą. Myślałam więc sobie tak: jak nie masz figury, to chociaż miej pomysł. Przechodziłam różne okresy. Na przykład okres samych kołnierzyków i przypinanych fiołków, piórek, czegoś tam jeszcze. Zawsze miałam asymetryczną fryzurę, nawet gdy asymetria jeszcze nie była w modzie. Wiedząc, że z figurą szału nie ma, szukałam czegoś, co odwróci od niej uwagę.

A więc bez subkultur i kulturowych trendów?
Rzeczywiście. Ja nie cierpię mód kulturowych. Gdy całe moje środowisko czytało literaturę iberoamerkańską, to ja siedziałam przy powieściach rosyjskich. Nigdy nie słuchałam list przebojów, bo nie uważałam, że trzeba być na topie, znać tytuły i nazwy zespołów. Wydawało mi się to cholernie snobistyczne. W modzie mocnych brzmień wolałam „Piwnicę pod Baranami”, poezję śpiewaną i w ogóle klimaty refleksyjne i sentymentalne. Lubię też modę, ale ją filtruję.

Powieść rosyjska, mówi Pani… Dostojewski w „Zbrodni i karze” ustami Razumichina stwierdza, że „dobra własna blaga jest więcej warta niż czyjaś powtórzona prawda, bo w pierwszym przypadku jest się sobą, a w drugim tylko papugą”. Czy Pani się z tym zgadza?
Absolutnie tak, chociaż czasami mam wrażenie, że tak bardzo mam ochotę dobrze się poczuć ze sobą, trochę się wyidealizować, że ta własna prawda może być trochę prawdą idealną, taką na użytek lustra.

…własna blaga, nie prawda.
No, właśnie! Ta własna prawda jest czasami blagą, bo chodzi o ten własny wizerunek. Ja od dziecka trochę bawiłam się wizerunkiem.

Pani jest filozofem z wykształcenia?
Polonistką.

„Polonista, to ktoś, kto dobry apetyt zjadł na śniadanie” - twierdził, zdaje się, że Słonimski.
Polonista, który jest tylko polonistą! Obojętnie, kim się jest z zawodu, to musi w jakiś sposób przekładać się na życie, na nieustanne szukanie. Trzy lata byłam nauczycielką języka polskiego, ale nigdy nie zadałam pytania: „Co autor chciał przez to powiedzieć”, bo dla mnie samej nie jest to interesujące. Autor tworząc, chce sobie coś powiedzieć, załatwić dla siebie, ale w momencie, gdy to pokazuje, to już nie jest jego własność. Wtedy jest ważne, co ja chcę powiedzieć sobie w kontakcie z jego dziełem sztuki. Dlatego moich uczniów przekonywałam, że spotkanie z literaturą to jest podjęcie jakiejś gry: co ja z tego rozumiem, w jaki sposób mnie to dotyczy albo nie, może ja tam znajduję tylko jedno ważne dla mnie zdanie? Będąc dziś dyrektorem interdyscyplinarnej instytucji robię to ze świadomością, że nie znam się na wszystkim. Otwieram jakąś wystawę…

…tańczę tango…
…(uśmiech) tango (przez trzy lekcje się nauczyłam!), ale ja przecież się nie znam na wszystkim, no więc otwierając wystawę, przychodzę do galerii pół godziny wcześniej, staram się odebrać to, co widzę najgłębiej, by nie mówić o autorze jak krytyk tylko jak odbiorca, ze świeżością i otwarciem na wzruszenie. Wiem, że mam opinię takiej trochę płaczki, bo ja naprawdę potrafię się tak wzruszyć, tak nakręcić, tak nawiedzić!

Nie boję się emocji

Ma Pani wschodnią duszę? Ta miłość do literatury rosyjskiej…
Tak! Ja bym mogła jeszcze tysiąc razy obejrzeć „Rewizora”, ja kocham Gogola, tę jego zadziwiającą dulszczyznę, to Bizancjum wokół tego Rewizora, ten Dyzma, blichtr, oszustwa, ta małość ludzka! Przecież to wszystko dzieje się dzisiaj choćby w polityce.

A gdzie Pani odnajduje rzeczywistość „Rewizora”? We własnej partii (Marzena Matowska należy do PO - JM), w konkurencyjnym ugrupowaniu, w Bydgoszczy?
Nie. To tkwi w ludziach. W każdym towarzystwie, na różnego rodzaju spotkaniach nie znoszę tego, jak ludzie się tak sondują: kto od kogo zależy oraz kto i co od kogo może coś uzyskać.

Pani jest zdiagnozowana jako zależna od prezydenta Bruskiego albo od poseł Piotrowskiej.
Ależ skąd!? Ja od prezydenta Bruskiego zależę o tyle… Nie! Najpierw dokończę myśl… Nie cierpię (!) jak komuś zaczyna podobać się wszystko i jest na kolanach przed każdą światłą myślą osoby, od której może coś zależeć. Prezydent Bruski jest moim pracodawcą - i tylko tyle. Mamy za sobą wiele trudnych rozmów, choćby o festiwalu „Niepokornych”. Po czasie dopiero zrozumiałam własne błędy. Ja za szybko coś chciałam i on miał rację, że to zatrzymał. Gdybyśmy dłużej ze sobą pogadali, gdybym ja się nie postawiła i nie obraziła, to w ogóle nie byłoby tego problemu. Przeżywam to w jakiś sposób do dziś. Z kolei z Teresą Piotrowską swego czasu nie rozmawiałam przez rok, mimo że jest to moja przyjaciółka.

Dlaczego?
Miałyśmy różne zdanie w sprawie kampanii prezydenckiej w mieście. Ona popierała pana Dombrowicza, ja Kosmę-Złotowskiego. Nie szkodziłyśmy sobie, nie obgadywałyśmy, ale tak nas to podzieliło, że nastał między nami rok milczenia.

Dość namiętny pluralizm panuje w Platformie Obywatelskiej…
W moim przypadku wszystko jest namiętne.

Proszę rozwinąć.
Walczę w każdej dyskusji, a w wielu kwestiach jestem bardzo ortodoksyjna.

Ortodoksyjna czy dogmatyczna?
Ortodoksyjna.

Nieubłagana z powodu namiętności?
Naprawdę muszę bardzo, bardzo mocno wiedzieć, dlaczego to, przeciwko czemu występuję, jest lepsze i dlaczego warto do tego się przekonać. Ale nie obrażam się na wieki i nie pałam chęcią zemsty. Nigdy! Negatywne emocje są tak toksyczne, że to się nawet na cerze odbija.

Pani dyrektor, zabawmy się w salonowca. Proszę dokończyć: wkurza mnie…
…prostactwo.

Co to znaczy?
Brak wrażliwości. I wkurza mnie jeszcze takie życie z tezą; kiedy ktoś przychodzi do mnie i już ma tezę. To tak jak w tym dowcipie, kiedy facet chciał pożyczyć od sąsiada sekator, uznał jednak, że tamten mu na pewno odmówi. Kiedy stanął w drzwiach jego domu, nawet nie zapytał. Stwierdził arbitralnie: „A w dupie mam twój sekator”. Nie lubię, gdy ktoś nie słucha albo nie chce usłyszeć, co mówię. Denerwuje mnie wtedy własna bezradność. Niedawno pewien warszawski aktor, który gra u nas w spektaklu „Zabić nie zabić”, powiedział mi, że jak obserwuje to, co się tu dzieje, to ma wrażenie, że mam „wrażliwość motyla i skórę nosorożca”. Trudno. Czasem muszę tę skórę zakładać.

A portal bydgoszcz24 też Panią wkurza?
Wkurza i boli. Bardzo. Piszący w nim ludzie nic o mnie nie wiedzą. Diagnozują mnie tam jako potwora, ale - powtarzam - nigdy mnie nie zapytano, dlaczego taka jestem, dlaczego to czy tamto zrobiłam? Nigdy! Kiedyś usłyszałam: „Marzena, ty jesteś kimś ważnym w tym mieście”. A ja w ogóle nie mam takiego poczucia! Robią mi też niekiedy zdjęcia na imprezach, wybierając ujęcia z minami pasującymi do obrazu potwora. Matko Boska! Ja taka nie jestem!

Ma Pani wrażenie, że zrobiono z niej figurę do manipulacji ludzkich postaw?
Tak. Tak to czuję…

A Bydgoszcz dla mnie to…
…miejsce, w którym lubię i potrafię żyć, mimo wszystkich przykrości, które teraz mnie zaskakują, bo kiedyś tak nie było. Czuję się tu bezpiecznie. Nie jestem z natury podróżniczką. Boję się trochę obcych przestrzeni. Lubię ląd. Kiedyś miałam taką pracę, że raz w miesiącu musiałam płynąć do Szwecji… O, Jezus, Maria… Straszne.

Co to była za praca?
W firmie wydawniczej, wydającej m.in. taką gazetę „Bydgoszcz Ekstra”. Byłam redaktorką naczelną, a gazeta wydawana była w Szwecji. W trzy tygodnie nauczyłam się szwedzkiego i mówiłam. Załoga promu poznała mnie doskonale, bo gdy wchodziłam na pokład, to musiała mi wytłumaczyć, gdzie są kamizelki, szalupy ratunkowe, itd. Nie przespałam ani jednej nocy na promie. Siedziałam w kabinie, patrząc w czeluść bulaja i jeszcze ta samotność…

Pani jest bydgoszczanką z urodzenia?
Tak. Mama urodziła się w Bydgoszczy, a tata „napłynął” z Kongresówki. Wszystko, co dla mnie ważne, jest związane z tym miastem. Gdy przez pewien czas dojeżdżałam do pracy pod Chełmno, to miałam wrażenie, że to były godziny wyrwane z mojego życia.

Szwedzki w trzy tygodnie. Tango po trzech lekcjach…
Ale dzieci mam dwoje, a nie troje (uśmiech).

A co jeszcze „na trzy”?
To moja trzecia instytucja w kulturze. Zawsze potrafię się spiąć, ale miałam kiedyś taki okres złych wyborów w życiu.

Chodziło o miłość? Czuję, że przy Pani mogę pozwolić sobie na taką bezpośredniość.
Tak. Jestem rozwiedzioną kobietą. Mój były mąż jest niezwykle wartościowym człowiekiem. Tylko w jakimś momencie minęliśmy się. Może ja nie byłam kobietą dla niego, a on nie był mężczyzną dla mnie? Rozstaliśmy się bardzo dobrze i do dziś przyjaźnimy się, a czasem współpracujemy. Nigdy nie było między nami wrogości. Ale niektóre moje fascynacje to był naprawdę… dramat (śmiech)!

To efekt wspominanej namiętności „do wszystkiego”?
Tak.

A co Panią fascynuje w mężczyznach?
Intelekt.

A nie figura?
W ogóle. Nie mam swojego typu urody. Intelekt, sposób bycia, poczucie humoru, niezwykła czułość, a nawet słabość. Uwielbiam taką męską łzę. Jest taki piękny tekst Wierzyńskiego „Męska łza”… Lubię tę słabość, a jednocześnie siłę. Nie cierpię tylko braku zdecydowania i malkontenctwa.

Chyba znalazłem faceta dla Pani.
Noo… (śmiech)

Czytała Pani „Psy wojny” Forsytha?
Tak.

Główny bohater Carlo Shannon, który chciał umrzeć z kulą w piersi i krwią w ustach. Znakomity strateg, silny facet. To byłby ktoś dla Pani.
Nooo… może, byłby (śmiech)! Ja jestem teraz szczęśliwa! Byłam już mężatką. Dla mnie bycie w związku to… eee tam, nie wiem? Może to niepolityczne, lepiej nie powiem (śmiech). Umiem się cieszyć tym, co mi niesie życie. Przeżyłam okres samotności, zamknięcia się w poczuciu, że nie będę zakochana. Niech pan zauważy: nie chodziło o to, że nie będę kochana, tylko zakochana. Jednak w życiu mocno stąpam po ziemi. Jestem dość systematyczna. Przed zaśnięciem mam rzeczy ułożone w kolejności zakładania na następny dzień.

Zazdroszczę… A kontynuując naszą grę. Tylko barmanowi powiedziałabym…
Nie ma takiej rzeczy. Jestem zbyt otwarta.

Konfesjonał też odpada?
Mam wrażenie, że mogłabym się wyspowiadać w sali widowiskowej, ale pod warunkiem, że ta spowiedź nikogo by nie skrzywdziła. Nie mam się czego w życiu wstydzić. W tym, co ludzie o sobie opowiadają, jest przecież jakaś nauka. To jest dzielenie się doświadczeniami. Szczera rozmowa to najważniejsza część życia i miłości.

Pani dyrektor, może to Panią wkurzy, ale muszę coś wyjaśnić. Przeczytałem, że udostępnia Pani lokale organizacjom pozarządowym w zamian za podpisanie tzw. lojalki, że jest Pani dobra, fajna, itd.
Ależ absolutnie nie. Czytałam to i nawet odpowiedziałam organizacji, która to napisała. Nigdy nikt nie przyszedł do mnie rozmawiać o tej umowie. Wyjaśniam, w czym rzecz. Do umowy o współpracy, w ramach której udostępniamy pomieszczenie, wpisaliśmy punkt o wzajemnej (!) lojalności, czyli o wzajemnym poszanowaniu wizerunku, o nieszkodzeniu sobie, poszanowaniu swojego czasu i mienia. Słowo lojalność wywodzące się z łacińskiej praworządności jest niezbywalnym warunkiem dobrej współpracy. Byłam zdumiona zestawieniem lojalności z lojalką! Oniemiałam! Warto podkreślić, że wszyscy, którzy z nami współpracują, podpisują te umowy, a jest to około stu stowarzyszeń. Wszystkie, poza Klubem Środowisk Twórczych - bo o nim mowa.

Co by chciała Pani teraz powiedzieć portalowi bydgoszcz24?
Poznajcie mnie naprawdę, zamiast kreować daleki od realiów obraz instytucji, którą kieruję i mnie samej.

Ale ja tam widziałem rozmowę z Panią?! Chodziło chyba o podsumowanie Lata Kulturalnego.
To była wypowiedź z konferencji prasowej. Zauważyłam, że na tym portalu ja nawet nie mówię, tylko „obwieszczam”.

Dlaczego taki parol na Panią zagięli?
Nie wiem, nie wiem?!

Bo jest Pani z PO?
Nie mam pojęcia! Może to kwestia polityczna, a może towarzyska? Przeczytałam niedawno, że Klub Środowisk Twórczych już nie będzie się spotykał w MCK i ze mną współpracował, ponieważ moje zachowanie „uwłacza ich godności”. W życiu nie zrobiłam niczego, co uwłaczałoby godności kogokolwiek. „W nowej kulturze bydgoskiej” oprócz mnie działa mnóstwo ludzi. Nie wiem, dlaczego to ja stałam się ikoną wszystkiego, co złe?

Spekuluję na podstawie tzw. doniesień: bo jest Pani człowiekiem prezydenta.
Słyszałam, że tylko dlatego znalazłam się w MCK, że jestem koleżanką partyjną prezydenta. Co za idiotyzm! Jestem tutaj dlatego, że przeszłam określoną drogę zawodową. Wcześniej to ja, z uczestnikami Forum Kultury Bydgoskiej, byłam orędowniczką stworzenia tej instytucji w sposób partycypacyjny. To było moje ryzyko. Nie wiedziałam wtedy, że będę dyrektorką, ale gdy już nowa koncepcja została stworzona, to padło pytanie: kto tym nowym tworem pokieruje? Czy ktoś, kto będzie miał własną wizję i odpuści to wszystko, czy ktoś, kto dopilnuje, żeby tego nie zmarnowano? Przyszłam ja i tego pilnuję. Nieraz jestem w tym świętsza od papieża. Myślę, że z prezydentem Bruskim nie mam lepiej niż inni dyrektorzy miejskich instytucji.

Na koniec zapytam, czy te rzeczy poukładane przed wyjściem według kolejności zakładania, to metafora Pani życia?
Absolutnie tak. Wokół siebie muszę mieć harmonię i porządek. Mam pięcioletnią wnuczkę Polę, która nie zaśnie, jeśli nie ma tego samego co ja, w sensie przygotowania do następnego dnia.

A przy czym Pani zasypia?
Przy powtórce „Kropki nad i”. I my też postawmy już kropkę.

*Marzena Matowska

dyrektor Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy. Lubi teatr różny, kino polskie. Fascynatka psychologii, socjologii i polityki ze wszystkimi zawiłościami. Zaczyna odkrywać sport ku swemu zaskoczeniu.

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3