Jestem waszym aniołem

Emilia Iwanciw
Nie zapomnę pierwszej rady pedagogicznej, kiedy dostałam od dyrektora długą listę nazwisk chłopców, którzy mieli już na sumieniu poważne przestępstwa. Byłam w szoku, bo mnie się wtedy wydawało, że w szkole podstawowej największym problemem są wagary.

Z Czesławą Marciniak* rozmawia Emilia Iwanciw

Trudno było Panią namówić na ten wywiad…
Bo wie pani, ja to jestem skromna kobieta, a te wszystkie panie na okładkach to takie zacne osobistości. Gdzie mnie do nich…

Kiedy wybieramy bohaterkę numeru, zwracamy uwagę na to, co robi. Każda w pewien sposób jest wyjątkowa.
Nad tym też się zastanawiałam przed tym wywiadem, co we mnie takiego wyjątkowego.

I do jakich wniosków Pani doszła?
Że ludzie do mnie zawsze lgnęli. Może to jest wyjątkowe?

Myślę, że nie tylko to. Ilu ludziom pani pomogła, dziś już nie sposób zliczyć. Odwiedzają Panią jeszcze te wszystkie dzieci z bydgoskiego Okola, które udało się uratować od poprawczaka i więzienia?
To już dziś są dorośli ludzie, ale tak, wielu wychowanków SP nr 10 mnie odwiedza. W trudnych momentach ich życia byłam czasem jedyną osobą, która w nich wierzyła. Zawsze zadawałam sobie pytanie: dlaczego dziecko tak się zachowuje? Wychodziłam z założenia, że dziecko nigdy samo z siebie nie jest złe. My, pedagodzy, widzimy już tylko konsekwencje, objawy. A to dziecko musiało w życiu czegoś doświadczyć, że zachowuje się tak, a nie inaczej.

Pamięta Pani konkretne historie dzieci, które były pani wychowankami?
No pewnie. Pamiętam prawie wszystkie. Na przykład Anię (imię zmienione przez redakcję), która przyszła zimą do szkoły zmarznięta, spóźniona i oświadczyła, że przeprasza, ale szła pieszo od cioci, z Fordonu. Proszę sobie wyobrazić - sama szła z Fordonu na Okole pieszo! Musiała w nocy uciec do cioci, bo w domu była awantura. Zapytałam, czemu nie przyjechała tramwajem, a ona na to, że nie miała na bilet. Szła więc wzdłuż torów tramwajowych.

I co Pani zrobiła?
Najpierw ją nakarmiłam, wysłuchałam i puściłam na ostatnie lekcje. W tym czasie szybko załatwiłam postanowienie z sądu, by ją i brata umieścić w pogotowiu opiekuńczym. Udało się, sama ich tam zawiozłam. Potem pojechałam do rodziców - ojciec był oburzony. Powiedziałam, że w takich warunkach nie jest możliwe wychowywanie dzieci. Musimy w tym domu dużo zmienić. Rodzice mogli je odwiedzać, ojciec był długo obrażony, ale później mi dziękował, zrozumiał błąd, dużo zmienił. Umiałam na to czekać. Na koniec naszej współpracy, gdy ta rodzina była już na prostej, powiedział mi, że jestem najlepszym pedagogiem.

To musiało być wspaniałe uczucie.
Było. Dziś mam kontakt z Anią, wyrosła na wspaniałą dziewczynę.

Nie ona jedna, dzięki Pani…
Nie zawsze udawało się pomóc.

Domyślam się. Okole w czasach kiedy zaczynała Pani pracę pedagoga, to był w dużej mierze światek przestępczy.
Kiedy 1 września 1985 roku zaczynałam pracę jako niedoświadczony, nieopierzony pedagog, byłam w szoku. Nie zapomnę mojej pierwszej rady pedagogicznej, kiedy dostałam od dyrektora długą listę nazwisk chłopców, którzy mieli już na sumieniu poważne przestępstwa. Wtedy poczułam odpowiedzialność. Mnie się wówczas wydawało, że w szkole podstawowej największym problemem są wagary. Okazało się, że to, czego nauczyłam się na studiach i rzeczywistość to są dwa różne światy…

Nie chciała Pani uciec do jakiejś przyjemniejszej roboty?
Nie. Wręcz odwrotnie. Zrozumiałam, że czeka mnie dużo pracy, ale wyciągnę te dzieciaki. Kiedy zaczęłam poznawać historie tych chłopaków, okazało się, że należą do gangów, które zajmują się kradzieżą samochodów, okradaniem mieszkań i piwnic. Kradli wszystko, począwszy od zapraw, a na rowerach kończąc. W gangach dorośli wysługiwali się dziećmi i płacili im 5 zł za np. stanie na czatach. To byli moi uczniowie. Niektórzy z nich poszli potem do ośrodka resocjalizacyjnego, niektórzy się zmienili…

Ich rodzice pili?
Nie zawsze. Czasem cierpieli na syndrom wyuczonej bezradności. Niebieskie ptaki. Nie chcieli pracować, już nie potrafili. Brakowało na jedzenie. Szybko dotarło do mnie, że większość tych dzieci kradła, bo były po prostu głodne. Zamiast na lekcje, chłopaki uciekali na rynek przy ulicy Granicznej i kradli owoce. Wzięłam ich na rozmowę, mówię: „Ja wiem, gdzie wyście byli”. A oni: „Skąd pani wie?” Odpowiadam: „Ja jestem waszym aniołem, widzę, co robicie. Kradniecie, ale ja wiem, że wy nie jesteście źli. Dlaczego to zrobiliście?”. „Bo byliśmy głodni”. I ja ich rozumiałam. Oni wszyscy na samym początku nie robili tego dla zabawy. Postanowiłam więc ich karmić na przerwie i w ciepłych warunkach słuchać ich historii. W ten sposób poznawałam mechanizmy dewiacyjnych zachowań. Szłam na wywiad do rodziny. Organizowałam spotkanie rodziców z dyrektorem, wychowawcą i wspólnie zastanawialiśmy się jak pomóc.

Słyszałam, że wprowadziła Pani w szkole tradycję „drugich śniadań”.
Namówiłam jedną z piekarń, by zostawiała nam drożdżówki, takie ścinki z ciast. Świeże i smaczne, ale mało efektowne, więc nienadające się do sprzedaży. Siadałam z dziećmi na długiej przerwie i rozmawialiśmy, zajadając. Dzieliły się ze mną tym, co je denerwowało, co przeżywały. Dzięki tym spotkaniom stawiałam diagnozy. Tłumaczyłam, jak mogą sobie coś załatwić bez uciekania się do kradzieży. „Rozumiem, że byliście głodni. A czy teraz coś wam przychodzi do głowy, że można by było inaczej postąpić, niż kraść?” - pytałam. I oni sami znajdowali rozwiązania. „A może byśmy poprosili tę panią, żeby nam coś dała?”. Nauczyłam ich, jak mogą poprosić i podziękować. Poszłam na ten rynek z nimi, przyglądałam się z oddali, poprosili o coś do jedzenia i dostali. Dużo się z czasem zmieniło.

Co było najtrudniejsze?
Moja pierwsza rozprawa w sądzie. To było coś, co bardzo przeżyłam. Byłam rozdarta. Wiedziałam, że dziecko najbardziej pragnie być z mamą, a zarazem wiedziałam, że mama nie jest w stanie zapewnić poczucia bezpieczeństwa. W takich momentach wydawało mi się, że każde z możliwych rozwiązań jest złe. Z czasem nauczyłam się przyjmować tę rzeczywistość. Tłumaczyłam mamie, że będzie cały czas mamą, ale dajmy sobie czas, by podjąć leczenie. Praktyka wyzwalała we mnie nowe siły i pomysły. Nie mogłam partaczyć roboty, nie mogłam pogodzić się z tym, kiedy inni partaczyli. Podejmowali złe decyzje, ustawiali się negatywnie do dzieci…

Pani w każdym potrafiła zobaczyć dobre cechy. Słyszałam, że prawie wszyscy mieszkańcy dzielnicy Panią znali. Długo Pani szła do szkoły, bo po drodze spotykała swoich wychowanków, rodziców i z każdym chciała porozmawiać.
Z takich rozmów można było dowiedzieć się o wiele więcej niż z wypełnionych kwestionariuszy, jak mnie uczono na studiach. Kiedy chodziłam na wywiady, trzymałam w rękach kwestionariusz, ale bardzo rzadko go używałam. Postanowiłam sobie, że chcę poznać wszystkich uczniów, odwiedzając ich w domu. Ale nie na zasadzie: „Przyjdę i was sprawdzę”. Przychodziłam pozytywnie nastawiona, z szacunkiem do rodziców i mówiłam, że „chcę z wami stworzyć drużynę, aby nasze wychowanie było jak najbardziej owocne”. Czasem rodzice sami przyklejali swoim dzieciom etykietki: „Jaś jest nieznośny, źle się uczy” - mówili. A ja wtedy opowiadałam jak Jaś ładnie opowiada, jak on umie tańczyć, jaki jest kreatywny. Niezależnie od ilości dwój na świadectwie Jasia, widziałam jego zalety. Bywało też tak, że rodzina była niby „normalna”, a dopiero z czasem się okazywało, na czym polega problem.

Na przykład?
Była pewna bardzo wrażliwa dziewczynka w rodzinie zastępczej z babcią, która, jak się okazało, ciągle ją poniżała, że ma chorą głowę, że do niczego nie dojdzie. Jej brat z kolei był gloryfikowany. Chciałam, żeby mała wybrała dla siebie fajną ponadpodstawową szkołę. Chodziłam z nią więc od szkoły do szkoły. Babcia była zła, tłumaczyła, że dziewczynka nie jest normalna, a ja jej pokazuję normalny świat, po co? Dziewczynka była zamknięta, wycofana, nieśmiała, ale naprawdę fajna. Jednak nie tak zaradna jak jej brat. Miała swój proces rozwoju.

Co dziś robi?
Dziś ma rodzinę, pracę, pięknie funkcjonuje. Jak kiedyś kupiłam mieszkanie dla swojej mamy, ona mi pomagała skrobać ściany. Wyganiałam: słońce, morze, chłopacy czekają. A ona znów następnego dnia przychodziła. To już była absolwentka. Serce mi się cieszyło. Myślę, że może gdyby nie ja, to ta dziewczyna by miała trudniej w życiu.

Pamięta Pani najtrudniejszych uczniów?
Wielu ich było. Opowiem pani o takim chłopaku, co od zerówki zwracał na siebie uwagę. Jak się zdenerwował, był agresywny. Na przykład gdy dostał nie taką ocenę, albo coś nie było po jego myśli, to dezorganizował lekcję. Nauczyciele dzwonili po mnie. Wezwania dyrektora nic nie dawały. Chciano go wyrzucić ze szkoły. Ja stosowałam wobec niego niepolecane dziś metody. Początkowo po prostu go przytulałam i trzymając w objęciach czekałam aż się wyciszy. Pewnego dnia po kolejnej interwencji, pomyślałam - basta! Muszę mu załatwić nauczanie indywidualne. Codziennie opisywałam jego zachowania, żeby mieć materiał do poradni. Jak po roku przerwy wrócił do szkoły, to jakby nie ten chłopak. Po pierwsze dorósł, po drugie odetchnął, bo on już też był zmęczony tym byciem kontra, po trzecie, nauczyciele odpoczęli od niego. Dał się lubić, był asystentem na lekcjach. Wyszedł na prostą.

Domyślam się, że w wielu sytuacjach winni byli rodzice. Na pewno nieraz ogarniało Panią poczucie bezradności, kiedy nie udawało się zmienić myślenia dorosłych.
Było wiele takich momentów. Pamiętam, jak nocą straż miejska zawiozła do domu chłopca, który wędrował po ulicy. Zastanawiałam się, czego mu brakuje. Okazało się, że bezpieczeństwa, poczucia ważności i przynależności. On patrzył na mamę z tęsknotą. Chciał by go pogłaskała, przytuliła, a matka była bardzo zimna, ostra, nastawiona tylko na wygląd. Bardzo elegancka, samotna, zainteresowana ułożeniem swojego osobistego życia. Wychodziła z założenia, że syn powinien robić to, co ona każe i tylko go rozliczała. Rozmawiałam z tą matką, ale ona nie potrafiła przyjąć nic do siebie. Macierzyństwo traktowała instrumentalnie. Dziecko czekało na jej odruch ciepła, a on nie nadchodził. Niestety, nie zawsze udawało się pomyślnie rozwiązać problem…

Proszę nie płakać. Jestem pewna, że więcej jest tych, którym udało się pomóc.
Denerwowało mnie, że tyle czasu muszę spędzać na rozprawach. Miałam ponad 20 rozpraw w roku. Postanowiłam stworzyć Szkolny Zespół Koordynujący, skupiający ludzi, którzy we wczesnej fazie mogą rozwiązać problem. W grupie tej byli przedstawiciele policji, straży miejskiej, wychowawca, dyrektor, pracownik socjalny. Mieliśmy spotkania raz w miesiącu. Byli zapraszani rodzice wraz ze swoim dzieckiem i wspólnie wdrażaliśmy program naprawczy.

Takie działania nie były wtedy stosowane na powszechną skalę. Dyrekcja nigdy nie studziła Pani zapału?
Nie. Dyrektor widział, że wykonuję swoją pracę z pasją. Cały czas się szkoliłam i szkolę do dziś. Ponad dwadzieścia lat temu po raz pierwszy zetknęłam się z aktywizującymi metodami nauczania i się w nich rozkochałam. Szkoła Podstawowa nr 10, w której działałam, stała się Szkołą Profilaktyczną. Stworzyłam też w niej Grupę Wsparcia dla moich koleżanek, będących pedagogami szkolnymi. Na spotkaniach rozważałyśmy trudne sprawy wychowawcze, a także motywowałyśmy się do realizacji dalszych zadań.

Stąd już niewielki krok do pracy w BORPA.
Tak. Specjalizowałam się w profilaktyce i stworzyłam taki dział w BORPA. Swoje pomysły ze skali osiedla zaczęłam przenosić na skalę całego miasta. W duecie z Barbarą Domagałą zaczęłyśmy rozkręcać to, co nam podpowiadała intuicja. Tworzyłyśmy nowe struktury, nowe formy pomocy dopasowane do nowych czasów. Człowiek nigdy nie ma efektów sam. Zawsze musi być zespół ludzi. Ja mam szczęście do ludzi. Pamiętam nasze pierwsze półkolonie profilaktyczne. Partyzancko, warunków nie było, ale myśmy i tak je robiły. Półkolonie być musiały, bo dzieci nie mogą się nudzić. Nuda sprzyja robieniu złych rzeczy. Po półkoloniach swoje obserwacje o uczestnikach, spisane, przekazywałam do szkół. Stworzyłyśmy też świetlice socjoterapeutyczne w szkołach, które działają do dziś. Tam przez rok korygujemy zniekształcone sądy dzieci o rzeczywistości i samych sobie, które mogą im przeszkadzać w życiu. Prowadzimy Punkty Interwencji Szkolnej wobec dzieci i młodzieży eksperymentującej. Zaczęliśmy organizować imprezy ogólnomiejskie, aby uczyć dzieci spędzania czasu nie tylko na podwórku i wiele więcej.

Dla wielu pedagogów, psychologów, studentów jest dziś Pani wielkim autorytetem. Pani była pionierką w Bydgoszczy, stosującą nowe metody. Pani nie moralizowała, nie dawała wykładów…
Proszę jednak pamiętać, że ja sama tego wszystkiego nie dokonałam. Dla mnie ważniejsze od bycia autorytetem w tak zwanym środowisku, była potrzeba zostania wysłuchaną przez rodziców i dzieci. Dla nich chciałam być autorytetem.

I to się udało. Co roku z Pani warsztatów „Akademia Rodzica” wychodzą setki bardziej świadomych, dojrzałych rodziców. Myśli Pani, że dziś rodzice bardziej niż kiedyś potrzebują drogowskazów, bo nie wiedzą, jak wychowywać dzieci?
Tak, bo dziś rodziny nie żyją wielopokoleniowo, więc nie uczą się od starszych. Rodzice są wrzucani na głęboką wodę i potrzebują częściej asekuracji. Ja szybko zrozumiałam, że jak chcę trwale zmienić życie dziecka, muszę zająć się całym systemem rodzinnym. Bo na początku myślałam, że można zbawić samo dziecko. A ono czasem poznając inny świat wartości niż we własnym domu, czuło się jeszcze gorzej. Jeśli doświadczało zrozumienia od innego dorosłego, to zaczynało być niezadowolone z postępowania rodziców. Nam, pedagogom, nie wolno do końca zastępować rodzica. Trzeba go zmobilizować, by sam zmienił swoje postępowanie.

Dziś problemy dzieci i kryzysy w rodzinach mocno się różnią od tych w latach 80. i 90.?
Dziś nie ma już kradzieży w piwnicach. Nowe technologie wygenerowały nowe wyzwania dla pedagogów. Rodzice mają kłopot z uczeniem dzieci umiejętnego korzystania z dobrodziejstw takich jak komputer, telefon komórkowy. Zagrożeniem jest cyberprzemoc. Trzeba uświadamiać młodym, mówiąc ich językiem, zagrożenia w sieci. Bo np. nastolatki wysyłają chłopakom na czatach czy przez telefon swoje półnagie zdjęcia i nie myślą, że następnego dnia na portalu społecznościowym może je zobaczyć cała szkoła. Pogubiliśmy się też z wartościami. Rodzice widząc tak zwany wyścig szczurów, zaczynają aprobować agresywne zachowania dzieci: „Jaś cię uderzył, to mu oddaj, nie bądź gorsza” - mówią. Agresja nie ma dziś podziału na płeć. Dziewczęta i chłopcy biją się tak samo.

To prawda, że rodzice są dziś bardziej roszczeniowi?
To fakt, ale nie chciałabym tego demonizować. Ja naprawdę podziwiam dziś rodziców za ich troskę o edukację i rozwój dzieci. Nie dziwię się, że mają duże wymagania wobec nauczycieli.
Kiedy rodzic przychodzi do szkoły z pierwszakiem, to teraz od mojej postawy, jako wychowawcy zależy, czy ja go porwę do duetu, czy nie. To jest moje zadanie, żeby go zachęcić, przyciągnąć, a nie tylko rozliczać z przyniesionych usprawiedliwień i uwag w dzienniku. Nauczyciele nie powinni zapominać, że dziecko ma prawo eksperymentować, a my jako dorośli musimy się z tym zmierzyć. To, że dziecko sprawia problemy w klasie, nie znaczy, że jest złe. Nie ma totalnie dobrych dzieci i nie ma totalnie złych. Pod tym względem nasze myślenie powinno się zmienić. Ale dość już negatywów. Ja proszę pani, widzę dziś również wiele pozytywnych zmian.

Na przykład?
Podziwiam mężczyzn, którzy stają się coraz bardziej emocjonalni w roli ojca. Przytulają, noszą niemowlęta w nosidełkach. Uwielbiam te momenty, na spotkaniach z rodzicami, kiedy widzę, że mamy na nich trochę odpoczywają, a ojcowie uganiają się za dzieciaczkami. To jest bardzo pozytywna zmiana. Ojców tak bardzo zaangażowanych w wychowanie jak dziś, nigdy jeszcze w Polsce nie było. Sama mam przykład takiego ojca nowej generacji we własnej rodzinie.

Syn?
Tak, mam na myśli jednego z moich dwóch synów i jego relację z moim wnukiem - Jasiem. Czy wie pani, że mój syn przeczytał moje rady dla młodych rodziców w poprzednich „Miastach Kobiet” i się do nich zastosował? Zorganizował wspaniałą niespodziankę urodzinową dla żony - Magdy. Zabrał ją na basen, do teatru i na kolację. I powiedział: „Mamo, to pomysł z Twojego artykułu”. Podziękowałam mu, że jest taki dbający. Niestety, syn nie mieszka w Bydgoszczy, wnuka widuję na Skypie i kiedy jedziemy z mężem do Warszawy albo on odwiedza nas w Bydgoszczy. Piszę dla niego pamiętnik. Na początek wkleiłam pierwsze zdjęcie, które przysłała mi Magda z USG. Jak zatęsknię, albo coś się wydarzy, to od razu piszę ważne myśli dla niego. Kiedyś mu to dam, żeby wiedział, że ja cały czas nim żyłam, mimo odległości jaka nas dzieliła.

Piękne. Sądzę, że mało kto by wymyślił coś tak kreatywnego, by pielęgnować relację na odległość. A dziś przecież coraz więcej bliskich żyje w rozłące. O czym Pani pisze w pamiętniku?
To są takie moje złote myśli. Na przykład, że przez całe życie człowiek musi być w drodze. Albo: „Tak żyj, żeby ludziom było dobrze z Tobą i Tobie z nimi”. Że życie to sztuka, która polega na tym, by wciąż się rozwijać, rozwijać, rozwijać…

*Czesława Marciniak

Pedagog, specjalistka terapii uzależnień, trenerka interpersonalna, instruktorka programów profilaktycznych, nauczycielka dyplomowana, edukatorka kursów, socjoterapeutka. Przez 21 lat była pedagogiem szkolnym, przez 14 lat zastępcą dyrektora Bydgoskiego Ośrodka Rehabilitacji Terapii Uzależnień i Profilaktyki BORPA, od 38 lat jest wykładowcą na bydgoskich uczelniach.

FLESZ: Kiedy będzie wiosna? Zwierzęta dają sygnały.

Wideo

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, odblokuj reklamy na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować
Przycisk nie działa ?
1.
W prawym górnym rogu przegladarki znajdź i kliknij ikonkę AdBlock. Z otwartego menu wybierz opcję "Wstrzymaj blokowanie na stronach w tej domenie".
krok 1
2.
Pojawi się okienko AdBlock. Przesuń suwak maksymalnie w prawą stronę, a nastepnie kliknij "Wyklucz".
krok 2
3.
Gotowe! Zielona ikonka informuje, że reklamy na stronie zostały odblokowane.
krok 3